Samospalenie będzie ukarane

Życie odbierają sobie nawet młode matki. Tłumaczą, że nie są w stanie zrobić dla ojczyzny nic innego, a nie chcą czekać bezczynnie.

Osiemnastoletni Nangdrol tuż przed śmiercią wykąpał się, nałożył nowe ubranie i poszedł do fryzjera. Pytał ludzi, czy dobrze wygląda.

„Stanę w ogniu dla dobra wszystkich Tybetańczyków”, napisał w ostatnim słowie, wyjaśniając, że „nie da się żyć w tym ich (Chińczyków) diabelskim systemie i znosić tortur, które nie zostawiają śladów”. Wezwał rodaków do jedności i życia w harmonii, mówienia po tybetańsku, noszenia tybetańskich strojów i szanowania rodziców.

W południe 19 lutego 2012 roku przed klasztorem Dzamthang w miasteczku Barma, Nangdrol oblał się benzyną i podpalił. – Niech Dalajlama żyje 10 tysięcy lat! – wykrzyknął jeszcze, parafrazując stare chińskie pozdrowienie cesarzy. – Wolność dla Tybetu!

Jego szczątki przeniesiono do pobliskiego klasztoru. Minisi odmówili wydania zwłok policji. Przed świątynią zgromadziło się kilkuset Tybetańczyków, aby zapobiec zakłóceniu ceremonii pogrzebowych przez władze. Potem żałobnicy gremialnie udali się do domu Nangdrola i przyrzekli przed zakazanym zdjęciem Dalajlamy nie kraść, nie oszukiwać i unikać waśni.

*

Szukam jego twarzy na wielkoformatowym plakacie, jaki zawisł przy trasie pielgrzymkowej okrążającej siedzibę Dalajlamy w indyjskiej Dharamsali. Jest. Długowłosy przystojniak o wielkich migdałowych oczach musiał mieć powodzenie u dziewcząt.

Kult męczenników to najważniejsza zmiana, jaka zaszła w emigracyjnej stolicy Tybetu przez ostatnie lata. Płomienie stały się ważnym elementem patriotycznych murali, rzeźb i obrazów, ale najbardziej biją po oczach wielkoformatowe poczty samobójców. Przyglądam się twarzom zwróconym w kierunku ustawionych wyżej na zboczu stup z kadzielnicami, i nie znajduję w nich wspólnego mianownika. Najwięcej jest dwudziestoparolatków, choć wielu wygląda na gimnazjalistów – zapewne ostatnie zdjęcie zrobiono im jeszcze w szkole. Jest młodzież, mężczyźni i kobiety w sile wieku, są i sześciesięciolatkowie. Uśmiechnięci, wpatrujący się w obiektyw z napięciem, zamyśleni albo nieostrzy, wycięci z jakiego zbiorowego zdjęcia. Jedni sfotografowani w strojach tradycyjnych, inni w popularnych chińskich ciuchach, dominują jednak bordowe suknie mnichów. Są zdjęcia pozowane na tle fototapety z Potalą albo z krajobrazem górskim, robione w barze, bądź też na ulicy, na tle brzydkiego biurowca. Zwykli ludzie.

Zdjęć niektórych męczenników nie udało się zdobyć, tych reprezentuje cień sylwetki. Najbardziej przejmujące są fotografie kilku spalonych albo jeszcze płonących korpusów. Czy – wczytuję się w podpisy – 27-letni Cezung Kjab z Luczu i 43-letni Lhamo Kjab z Szungczu chcieli, aby właśnie tak ich zapamiętano?

*

Już około 130 Tybetańczyków dokonało samospalenia. Fala zaczęła wzbierać po antychińskim buncie z marca 2008, bezwzględnie stłumionym przez władze. Wtedy zaczęły się samobójstwa. 11 dni po pacyfikacji w lhaskiej świątyni Ramocze, epicentrum zamieszek, powiesił się w niej mnich imieniem Thogme. Wcześniej mówił, że nie może pogodzić się z zamknięciem świątyni, ostrzelaniem jej gazem łzawiącym, przesłuchiwaniem i zastraszaniem mnichów.

Po nim byli inni. Pierwszym, który wpadł na to, by zamiast sznura użyć bezyny i zapałek, był Tabu, młody mnich z Kirti, który podpalił się 27 lutego 2009 r. przed siedzibą władz lokalnych w Ngabie. Podczas akcji „ratunkowej” policjanci oddali do niego trzy strzały. Przeżył.

Na kolejne samospalenie trzeba czekać dwa lata, do 16 marca 2011 r. I znowu Kirti – równo trzy lata wcześniej policja zabiła tam dziesięciu demonstrujących mnichów, od tego klasztor był oblężony przez siły bezpieczeństwa, a jego obsada poddawana reedukacji.

Podpalając się, 22-letni Phuncog postanowił upamiętnić rocznicę masakry. Według chińskiej agencji Xinhua patrol policyjny błyskawicznie ugasił płomienie i natychmiast zawiózł mnicha do szpitala, jednakże „powodowana niskimi pobudkami banda mnichów z Kirti siłą zabrała go ze szpitala i ukryła w klasztorze”. Tybetańska pisarka Oser przedstawia inną wersję wydarzeń: gdy Phuncog się podpalił, w okamgnieniu ulicę zalali policjanci, którzy zaczęli okładać go pałkami. Kiedy zobaczyli to ludzie, chwycili nieszczęśnika i ponieśli go do szpitala okręgowego, lecz tam odmówiono przyjęcia. Aby ocalić mu życie, Tybetańczycy postanowili w końcu wydać Phuncoga władzom. Jednak dopiero po kilku godzinach szpital otrzymał zgodę na przyjęcie i ratowanie poparzonego. Było za późno, mnich nad ranem zmarł.

Wiadomość wydostała się za granicę i władze postanowiły wyjaśnić czyn mnicha po swojemu. Xinhua donosi o epilepsji i „nienormalności” Phuncoga, kanał CCTV pokazuje jego ojca, który mówi do kamery, że syn był łatwowierny i prostoduszny, przez co dał się pchnąć do samobójstwa. W tym samym filmie kamera lustruje straszliwie okaleczonego Tabu, pierwszego samospalonego, w jego łóżku. Tak, żałuje. Nie, nie zrobiłby tego po raz drugi.

*

Fala samospaleń zaczyna wzbierać, do sieci trafiają zdjęcia i nakręcone telefonami komórkowymi filmy. Na jednym z nagrań mniszka Czosang stoi na ulicy nieruchomo, spowita w płomień wyższy od niej samej. W tle słychać przeciągłe okrzyki przechodniów. Do płonącej podchodzi kobieta w pasiastym fartuchu i rzuca jej białą szarfę, jaką składa się przed posągami bóstw. W końcu mniszka upada, nie rozplatając złożonych do modlitwy dłoni.

Nangdrol był pierwszym świeckim, który się podpalił. W końcu świeccy przeważą – stanowią około 60 procent samospaleńców. Życie odbierają sobie nawet młode matki.

– Los Tybetu zawsze leżał jej na sercu. To dla niego się podpaliła, nie przez problemy osobiste albo rodzinne – tłumaczył ojciec Tamdin Co. Ta 23-latka dokonała samospalenia w Rebgongu, pozostawiwszy siedmioletniego syna. – Myślę, że szalę przeważył nasz wyjazd do miasteczka Doła przed miesiącem – mówił ojciec. – Zobaczyła wtedy obwieszczenia nowego sekretarza Jiangshu Chenga, zakazujące posiadania zdjęć Dalajlamy, nawołujące do potępienia separatystów i ich spisków. Wzburzyło ją to i przygnębiło. Powiedziała: „Tato, to straszne, że nie pozwalają nam już nawet modlić się przed obrazkiem Jego Świątobliwości”.

Analiza pozostawionych przez samobójców listów pożegnalnych wskazuje, że wbrew obiegowej opinii większość samospaleń to wcale nie akty desperacji powodowane niemożliwą do zniesienia sytuacją osobistą. Ten wątek pojawia się tylko w co piątym testamencie i zwykle towarzyszą mu inne, wyższe motywy. Wielu pisze, że giną „w imię godności narodu”, bo nie są w stanie zrobić dla ojczyzny nic innego, a nie chcą czekać bezczynnie i na próżno.

Płonący ludzie niemal zawsze w ostatnim słowie krzyczą o powrót Dalajlamy, o wolny Tybet, albo o prawa językowe dla Tybetańczyków. Niektórzy czekają z ostatecznym krokiem na jakąś ważną datę polityczną, aby ich śmierć nabrała dodatkowego znaczenia, a może wręcz wpłynęła na bieg wydarzeń – nie przypadkiem szczyt samospaleń (28 w jednym miesiącu) przypadł na listopad 2012 roku, kiedy obradował XVIII zjazd Komunistycznej Partii Chin.

„Wszystkie narody są równe. Xi Jinping musi spotkać się z Dalajlamą. Pokój”, napisała Czagmo Kji, matka dwojga dzieci, nim podpaliła się 17 listopada. Dwa dni wcześniej Xi Jinping został nowym przewodniczącym partii.

*

„Świetnie, niech spalą się wszyscy poplecznicy Dalaja.”

„Zabić wszystkich mnichów, którzy zajmują się polityką.”

To przykładowe wpisy chińskojęzycznych internautów pod jedną z informacji o samospaleniu. Podejście zdroworozsądkowe, wszak nie ma powodu, by Chiny martwiły się tym, że paru Tybetańczyków chce przyspieszyć swoją reinkarnację. A jednak władze są wyraźnie zdenerwowane, nawałnica samospaleń odbija się echem za granicą i stwarza zagrożenie dla lansowanego oficjalnie obrazu Tybetu bogacącego się i cywilizującego.

Sięgnięto po wypróbowaną strategię. Qiangba Puncog, przewodniczący Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, nazwał swoich płonących rodaków „politycznymi ofiarami Dalajlamy”. – Klika Dalaja ich wykorzystuje, nie zważając na postępy w budowie infrastruktury w Tybecie i rosnącą stopę życiową ludzi, którzy są coraz bardziej zadowoleni i szczęśliwi – stwierdził.

Dotkliwe kary dla członków rodziny i otoczenia „sprawców” mają zniechęcić naśladowców. Decyzją Najwyższego Sądu Ludowego i prokuratury każdy, kto „podżega Tybetańczyków do samospaleń, planuje je lub w nich pomaga”, będzie odpowiadać za umyślne zabójstwo.

Włodarze prefektury Malho uznali, że trzeba „bezzwłocznie podjąć kroki w celu odebrania wszystkich świadczeń otrzymywanych przez rodziny winnych samospaleń w ramach programów pomocy społecznej, takich jak dopłaty do minimalnego dochodu czy zapomogi po klęskach naturalnych. Wykluczone są jakiekolwiek wyrównania. Wszystkie projekty finansowane ze środków publicznych w wioskach, z których pochodzą te osoby, mają zostać zawieszone, powzięte wcześniej zobowiązania należy przejrzeć i unieważnić”. Kara czeka też urzędników z miejscowości, w których dochodzi do incydentów, oraz ludzi, „którzy dopuszczali się odwiedzin bądź wręczania datków” krewnym samobójców.

Władze okręgu Dzoge postanowiły, że osady, w których doszło do samospalenia, utracą czasowo prawo użytkowania pastwisk. Samospaleńcy, ich najbliżsi krewni oraz „wszycy aktywnie zaangażowani” przez trzy lata nie uzyskają zaświadczeń o własności domów i ziemi ani zgody na prowadzenie działalności gospodarczej. Wioski bądź klasztory, w których dojdzie do samospalenia, muszą wpłacić poręczenie w wysokości od 10 tys. do 500 tys. juanów. „Będzie ono zwrócone, jeżeli w ciągu dwóch lat incydent się nie powtórzy. W przeciwnym razie przepadnie i pobrane zostanie kolejne”.

*

Gdyby wierzyć rządowym mediom, podpalają się sami złodzieje, narkomani i dziwkarze. Nawet Sopa Rinpocze, szanowany lama i działacz społeczny z Gologu, odebrał sobie życie, ponieważ „miał potajemy romans z zamężną kobietą, o czym dowiedział się jej mąż”.

Chińscy tybetolodzy i „patriotyczni” duchowni tybetańscy przekonują, że samospalenie jest sprzeczne z zasadami buddyzmu. Wśród Tybetańczyków niezwiązanych z władzą przeważa pogląd, że choć buddyzm zakazuje odbierania sobie życia, to nie zakazuje poświęcenia go dla wyższego celu. Przykład dał sam Budda w jednym z wcześniejszych wcieleń: jako książę Dżataka pozwolił się zjeść wynędzniałej z głodu tygrysicy, aby mogła nakarmić swoje kocięta. Książę podkreśla, że robi to w intencji wszystkich istot, nie tylko tygrysicy.

„Składam ciało w ofierze światła, by odegnać ciemności, by wyzwolić wszystkie istoty” – napisał w testamencie Sopa Rinpocze.

W Dharamsali poprosiłem o opinię opata Kirti. W końcu to jego ludzie (bo opat emigrant nie przestaje być duchowym przywódcą mnichów pozostałych w ojczyźnie) zapoczątkowali falę samospaleń, zaś Kirti dosłużył się opinii najbardziej wojowniczego klasztoru Tybetu.

– Zawsze trzeba patrzeć na intencje. Podam przykład. Na dworze stoi figura Buddy wykonana z gliny. Pada deszcz, więc ktoś zaniepokojony, że się rozpuści, zasłania ją, stawiając Buddzie but na głowie. Inny przechodzień jest tym widokiem oburzony i zabiera nieczysty but. Oba te czyny były dobre, bo ich autorzy mieli dobre intencje – tłumaczy Kirti Rinpocze, który wyglądem sam przypomina Buddę – nie tego z żebrami na wierzchu, jaki stoi na jego prywatnym ołtarzu, ale dobrze odżywionego, chińskiego.

– Ludzie dokonujący samospaleń robią to dla dobra sześciu milionów Tybetańczyków i dla przyszłości Tybetu, a więc w dobrej intencji – ciągnie Rinpocze. – Nie jest to zatem czyn sprzeczny z naukami Buddy. Przeciwnie, jest godzien pochwały, podobnie jak oddanie życia przez żołnierza na wojnie w obronie ojczyzny. Co innego, gdyby zginąć w bójce, taka śmierć jest bezcelowa i naganna.

– Nie gloryfikuję samospaleń – zastrzega opat. – W samym czynie nie ma nic chwalebnego. Ludzie robią to z desperacji, z bezradności. Nie mogą głośno powiedzieć, co myślą, bo od razu trafią do więzienia, będą torturowani. Tylko w ten straszny sposób mogą wyrazić swoje uczucia.

Na Zachodzie, mówię, mamy kłopot ze zrozumieniem samospaleń, bo nie pojmujemy, jak taki czyn miałby pomóc w wyzwoleniu Tybetu. – Nie sądzę – odpowiada Rinpocze – by ktokolwiek myślał: „Jak się spalę, to Tybet będzie wkrótce wolny”. To jest tylko i wyłącznie sposób na powiedzenie: nie mamy wolności, cierpimy.

*

Tybetańczycy nie są całkiem zgodni w ocenie samospaleń. Ngałang i Tenzin, dwójka nierozłącznych przyjaciół, rówieśników urodzonych w Lhasie w latach osiemdziesiątych, poglądy na wszystko ma niemal identyczne, aż dochodzimy do drażliwego tematu. – To jest wielkie. Ci odważni ludzie pokazują, że nie chcą być niewolnikami, że wciąż należymy do jednego narodu i że jesteśmy gotowi za to zginąć – emocjonuje się Ngałang. Na to Tenzin: – Życie odbierają sobie najczęściej ludzie w wieku 20-30 lat. Narodu nie stać na takie marnotrawstwo. Trzeba to jakoś powstrzymać.

Pierwszy z tych poglądów, afirmacja samospaleń, ma więcej zwolenników, przynajmniej w diasporze. Wielu Tybetańczykom marzy się w głębi duszy nowe heroiczne powstanie narodowe, żeby Tybet przestał wyglądać jak pokorna żona, w milczeniu znosząca codzienne bicie ręką chińskiego męża. Z drugiej strony rozumieją, że zbrojna rewolta nie jest drogą do wolności, tylko do dalszego rozlewu krwi i ograniczenia wolności, co więcej Tybet utraciłby moralną przewagę wynikającą z niestosowania przemocy. Samospalenia jawią się jako złoty środek: hołdują zarówno potrzebie buntu, jak i zasadzie non-violence.

– To święty uczynek – podkreśla mnich Kanjag Cering. – Nie bierze się z nienawiści. W ostatnim przesłaniu ci ludzie nie wzywają do obalenia rządu komunistycznego, tylko do powrotu Dalajlamy, do nie oddawania się hazardowi, unikania waśni, wspólnej pracy dla dobra Tybetu. Nie szkodzą nikomu.

Na uwagę, że pośrednio szkodzą, bo władze wtrącają do więzień ich rodziny, przyjaciół, a nawet postronnych obserwatorów, Cering odpowiada: – Mogliby przecież odbierając sobie życie zabić przy okazji jakiegoś Chińczyka, ale tego nie robią.

*

Zrozumienie fenomenu samospaleń chyba najbardziej zawdzięczam Dordże, uchodźcy z Dege w Khamie. Niski trzydziestolatek połyskujący jednym zębem srebrnym i jednym złotym w Tybecie był rolnikiem. W marcu 2011 roku wraz z dwoma kolegami Dordże przygotował ulotki z żądaniem powrotu Dalajlamy i niepodległości. Pewnej nocy mężczyźni rozkleili ten manifest na ścianach sklepów. Podpisali się własnymi nazwiskami, bo wcześniej, kiedy pojawiały się anonimy, Chińczycy karali całą wieś. Po oplakatowaniu wsi nie dali dyla, jak można było się spodziewać, tylko przeszli pod bazę wojskową i zaczęli krzyczeć te same hasła. Uciekli dopiero wtedy, kiedy wyszli po nich żołnierze.

Człowieku, łapię się za głowę, to kompletne szaleństwo! Zdawałeś sobie sprawę z konsekwencji?

Tak. Nie był to impuls, wybuch złości po jakimś upokorzeniu. To nie przypadek Mohameda Bouazizi, który podpalił się w Tunezji w grudniu 2010 roku, gdy policjantka skonfiskowała mu stragan z warzywami, czym niechcący wywołał „arabską wiosnę”. To, co zrobił Dordże, to łagodniejsza forma samospalenia, złożenia siebie w ofierze. Mechanizm ten sam, różnica tylko taka, że chłopi z Dege dali sobie szansę na przeżycie – protest zaplanowali w nocy, licząc, że uciekną. Ale poza życiem Dordże oddał wszystko.

Policja natychmiast wkroczyła do jego domu. Przesłuchali matkę (ojciec już nie żył), nałożyli grzywnę 12 tys. juanów i zapowiedzieli, że jeżeli syn się nie podda, zabiorą ją do więzienia. W pogoń za rebeliantami wysłano kilkuset policjantów, a po dziesięciu dniach bezskutecznego pościgu aresztowano po jednym krewnym. Ścigani ukrywali się w górach, potem postanowili się rozdzielić. Dordże miał najwięcej szczęścia: uciekł do Indii. Jeden z jego towarzyszy został złapany, o drugim nie ma wieści.

Rozbawia go pytanie, czy kiedyś wcześniej protestował: coś takiego robi się tylko raz. Nikt nie dostaje drugiej szansy, bo po pierwszym razie zostaje albo więźniem albo wygnańcem.

Dlaczego się na to zdecydował? – Czułem dojmujący ból w sercu – mówi. – Słyszałem od rodziców o powstaniu w 1959 roku, widziałem rozpacz w oczach moich ziomków, pragnienie ujrzenia Dalajlamy, a tymczasem nie wolno im pojechać nawet do Lhasy. To już lepiej umrzeć. Musiałem to z siebie wyrzucić.

Chińskich osadników w Dege prawie nie ma. Jedyni Chińczycy, z jakimi tamtejsi Tybetańczycy mają do czynienia, to żołnierze i policja. W 2008 roku także w tym miejscu wybuchły protesty. Był to efekt domina: ludzie w Dege słyszeli, że do demonstracji dochodzi gdzie indziej, i też zapragnęli wyrazić swe frustracje. W odpowiedzi w Dege wyrosła baza wojskowa. Według Dordże, „aresztowano nawet sto osób dziennie, a średnio pięćdziesiąt”. Do czasu jego ucieczki tylko czterech wyszło na wolność – zwolniono ich, bo byli tak wycieńczeni torturami, że nie mogli przyjmować pokarmu i władze nie chciały, żeby umarli w więzieniu. W 2009 roku Chińczycy zaatakowali miejscowy klasztor, aresztowali dziewięciu mnichów, dwóch ciężko pobili, jeden z nich dwa i pół roku później umarł.

Dordże mówi, że przed ucieczką słyszał o bohaterach dokonujących samospaleń i nawet myślał, czy nie pójść w ich ślady, ale w końcu zdecydował się na inną formę protestu. (Blisko rok później inny chłop z Dege postanowił wysadzić w powietrze gmach administracji lokalnej i dokonać samospalenia. Zginął w eksplozji bomby, budynek został poważnie uszkodzony.)

Od tego czasu Dordże nie ma kontaktu z matką i trójką rodzeństwa. Boi się do nich zadzwonić, żeby nie sprowadzić na bliskich jeszcze więcej kłopotów. Przez rodzinę innego uciekiniera z tych okolic dał jej tylko znać, że żyje. Teraz w Dharamsali Dordże uczy się, jak mówi, dwóch języków, tybetańskiego i angielskiego. W Tybecie nie chodził do szkoły, ale był przez pewien czas mnichem i w klasztorze nauczył się czytać święte teksty. Pisać go nie nauczono. Nie żałuje tego, co zrobił. Jest szczęśliwy, że mógł zobaczyć Dalajlamę.

*

Jeżeli spojrzeć na samospalenia nie jak na akt ofiarowania, a pod kątem skuteczności, czyli doprowadzenia do jakiejkolwiek poprawy sytuacji w Tybecie, to niestety: ludzie giną na próżno. W niewielkich społecznościach taka jednoosobowa iskra może wyprowadzić na ulice tłum sfrustrowanych i wywołać pożar, który wymusi zmiany – jednak nie w rozgrywce z krajem tak wielkim i silnym jak Chiny. Samospalenia to nie postęp, a krok wstecz w historii tybetańskiego oporu – ostatnia dostępna forma protestu w obliczu zmasowanej operacji policyjno-wojskowej, uniemożliwiającej inne publiczne wystąpienia.

Po pierwszej euforii wielu Tybetańczyków doszło do wniosku, że dalsze samospalenia nie mają sensu. Najsilniejszy jak dotąd apel o przerwanie samobójczej fali pochodzi z wewnątrz Tybetu, od lamów Rebgongu: „Przepełnieni prawdziwą troską o społeczeństwo i wszystkie nacje, dobrze znając wartość ludzkiego życia, błagamy was klęcząc na ziemi, składając dłonie na piersi i skupiając myśli bez reszty na jednym: przerwijcie desperackie samospalenia! Bezcenne ludzkie ciało, które udało się wam teraz osiągnąć, jest owocem zasługi, jaką nagromadziliście w poprzednich żywotach. Nie marnujcie tej jedynej w swoim rodzaju sposobności, wydając ją na pastwę rozpaczy, męczarni i cierpień – lecz zmieńcie w przystań niewzruszonej woli i siły dokonywania przez długie lata czynów wielkich dla pożytku wszystkich istot.”

Spośród hierarchów emigracyjnych na temat samospaleń wypowiedział się kilka razy Karmapa. Już w listopadzie 2011 roku prosił o znalezienie innych, konstruktywnych metod pracy dla ojczyzny, gdyż „jest nas, Tybetańczyków, niewielu, więc sprawa Tybetu potrzebuje każdego tybetańskiego życia”. Głos Karmapy jest w Tybecie lepiej słyszalny niż głos Dalajlamy, jednak samospalenia się nie skończyły – choć nie wiadomo, czy bez tego apelu nie byłoby ich więcej.

Jedyny człowiek, który mógłby przerwać falę samospaleń – ten, z którego imieniem na ustach umierają – milczy. Kiedy Dalajlamę zagadują na ten temat dziennikarze, mówi, że  „płacze, słysząc o kolejnych samospaleniach” i że do nich „nie zachęca”. Przyznaje też, że są nieskuteczne i chyba niezbyt zgodne z naukami Buddy. Ale nie powiedział jasno: przestańcie. Taka postawa może zostać odebrana jako cicha zachęta. Podobną przyjął premier rządu emigracyjnego, który wprawdzie sprzeciwił się samospaleniom, ale w tak zdystansowany sposób, że odebrano to jak skrywaną aprobatę i przekonanie, że są one niezbędnym elementem walki o wolność. Ich zakończenie, stwierdził Lobsang Sangaj, „zależy wyłącznie od Chińskiej Republiki Ludowej”.

Niekórzy tłumaczą, że Dharamsala nie chce jątrzyć, denerwować Pekinu wtrącaniem się w sprawy Tybetu. Mało to przekonujące – nie toczy się żaden dialog polityczny, nie ma na niego nadziei, i nie wiadomo, jak można by jeszcze pogorszyć sytuację w Tybecie.

Pierwszego tybetańskiego samospalenia dokonał w Indiach mnich Thupten Ngodup w roku 1998, podczas „strajku głodowego aż do śmierci”, prowadzonego w Delhi przez działaczy Tybetańskiego Kongresu Młodzieży. Wtedy Dalajlama przerwał strajk, prosząc listownie (bez wiedzy organizatorów) każdego ze strajkujących z osobna o zakończenie protestu. Być może dlatego Ngodup długo nie znajdował naśladowców.

Zapytałem Thubtena Samphela, byłego rzecznika rządu, dlaczego Dalajlama tym razem nie zabiera głosu. – Chiński rząd – odparł – oskarża Dalajlamę o podżeganie do samospaleń. Gdyby teraz powiedział „przestańcie” i ludzie by przestali, to potwierdziłby oskarżenia, że wcześniej robili to z jego inspiracji.

Za to pewnie udałoby się ocalić kilka istnień. A może nie? Może Dalajlama obawia się, że ludzie by go nie posłuchali?

Samphel nie ma wątpliwości, że samospalenia by się skończyły, gdyby tylko Dalajlama o to poprosił. Jednak zdaniem mnicha Kanjaga Ceringa, „ludzie dalej by to robili, bo nie mają już nadziei”.

*

Tego lata w Lhasie straciłem pewność, że Dalajlama naprawdę ma wpływ na bieg wydarzeń w Tybecie. Sprawuje rząd dusz, co do tego nie ma wątpliwości, ale czy jest w stanie dotrzeć do ludzi z przesłaniem i pokierować ich czynami? Czy blokada informacyjna nie zredukowała go do roli świętego obrazka – można się do niego pomodlić, ale nie ma co przykładać ucha? Politycznie zaangażowani Tybetańczycy dają radę obejść cenzurę w internecie, słuchają niezależnych rozgłośni, ale przypuszczam, że większość jest takich, jak mój rozmówca (nazwijmy go Lobsang):

– Wiesz – pytam – ile było samospaleń w całym Tybecie?

– [Długie milczenie] Dwa?

– 120 – mówię. Oczy Lobsanga robią się okrągłe. – Raaaany!

– Naprawdę nie wiedziałeś o innych?

– Tylko o dwóch w Lhasie. Ludzie to widzieli i wiadomość się rozeszła.

Lobsang wie, że spaleni przed głowną świątynią, Dżokhangiem, w maju 2012 roku nie byli mieszkańcami Lhasy. Co myśli o motywach samospaleńców?

– Ci ludzie byli pewnie zdesperowani brakiem pracy, dyskryminacją. Widzisz przed sobą szklaną ścianę i masz dosyć.

– Czyli uważasz, że decydując się na ten krok, mieli jakiś konkretny powód?

– Tak.

– Wiesz co Dalajlama mówi o samospaleniach?

– Nie mam pojęcia – przyznaje. Po namyśle: – Na pewno do nich nie zachęca, bo to budda, a samobójstwo jest grzechem.

Lobsang nie jest pasterzem żyjącym na odludziu. Mieszka i pracuje w Lhasie, jest wykształcony, ciekawy świata, ma styczność z zagranicznymi turystami, jest bardzo religijny i krytyczny wobec rządu. Jak widać nawet do takich ludzi docierają niemal wyłącznie wiadomości przefiltrowane przez cenzurę.

– Lobsang, rozmawiasz ze znajomymi o polityce?

– Nie. Jak ktoś poruszy jakąś drażliwą kwestię, zaraz ktoś inny zmienia temat.

– Może polityka was nie interesuje?

– Nie wolno nam się nią interesować.

Robert Stefanicki

Gazeta Wyborcza, Duży Format, 25.09.2014

error: Content is protected !!