Czy drogie jaja obalą teokrację w Iranie?

Irańskie protesty są nieskoordynowane, rozproszone, brakuje przywódcy i spójnego przekazu. Mimo to reżim ajatollaha Chameneiego powinien się bać: kiedy ziarno buntu zostanie zasiane, nigdy nie wiadomo, co i kiedy z niego wyrośnie.

Przykładów społecznych protestów o podłożu ekonomicznym, które miały lub mogły mieć zasadniczy wpływ na losy kraju, nie trzeba nam szukać daleko: poznański czerwiec 1956, wydarzenia z grudnia 1970 w Trójmieście, sierpień 1980. Nawet dziś trudno dokładnie rozgraniczyć, w jakim stopniu to, że Polacy wychodzili na ulice, było rezultatem ich gniewu wywołanego podwyżkami cen, a w jakim zmęczenia rządami PZPR. Podobnie jest w Iranie, gdzie od kilku dni trwają protesty, w których zginęło już ponad 20 osób, a setki aresztowano. Jedni ich uczestnicy potępiają drożyznę, inni wyklinają najwyższego przywódcę Alego Chameneiego i żądają zmiany ustroju.

Szukając genezy protestów, należałoby sięgnąć do islamskiej rewolucji sprzed 38 lat, kiedy to Irańczykom narzucono unikalny system polityczny, dający większość władzy najwyższemu przywódcy, niepoddanemu osądowi wyborców, przy jednoczesnym utrzymaniu instytucji demokratycznych. Reżim ajatollaha Chomeiniego i jego następcy Chameneiego był ideologiczny, nacjonalistyczny i kleptokratyczny – mieszanka gwarantująca, że Iran pozostanie krajem biednym i osamotnionym.

Musiało minąć kilkanaście lat, żeby nadzieje związane z obaleniem znienawidzonego szacha się w narodzie rozwiały. W latach 90. na rozczarowaniu rządami religijnych nacjonalistów zaczęła rosnąć w siłę opozycja, nie kwestionująca jednak fundamentów ustrojowych, a jedynie głosująca za tym, by przesunąć nieco więcej ciężaru na demokratyczny składnik systemu i ograniczyć represyjność w sprawach obyczajowych.

Przemyślny system rozmaitych „rad strażników” trzyma demokrację na konserwatywnej smyczy i nie dopuszcza do głosu opozycji niekoncesjonowanej.

Obaj reformatorscy prezydenci, Mohammad Chatami (1997-2005) i obecny Hassan Rouhani (od 2013 r.), są duchownymi. Kohabitacja demokratycznego składnika systemu z niedemokratycznym odbywa się zwykle na warunkach tego ostatniego, czyli najwyższego przywódcy. Przy czym Chamenei musi tak lawirować, żeby konserwatyści nie utracili wpływów, a jednocześnie nie pozbawić nadziei tej części społeczeństwa, która pragnie reform i zbliżenia z Zachodem. Nie zawsze mu się udaje.

W 2009 r. rozgniewani młodzi ludzie wyszli na ulice Teheranu, protestując przeciwko skradzeniu zwycięstwa wyborczego ich kandydatowi przez twardogłowego Mahmuda Ahmadineżada (w Iranie mówi się o nim „nasz Trump”). Był to największy dotąd bunt przeciwko władzy ajatollahów, zakończony rozbiciem opozycji.

Ale nie całkowitym. Gdy druga kadencja Ahmadineżada dobiegła końca, Irańczycy – głównie ci młodzi, liberalni – wybrali na prezydenta reformatora Rouhaniego. Chamenei tym razem się zgodził. Reformatorski prezydent miał być wentylem bezpieczeństwa, oddalającym ryzyko wybuchu kolejnych protestów.

Naczelnym zadaniem Rouhaniego – tak z punktu widzenia jego wyborców, jak i najwyższego przywódcy – jest poprawa sytuacji gospodarczej. Mogło to nastąpić tylko poprzez dogadanie się z USA i pozostałymi mocarstwami, by z kraju zdjęto sankcje nałożone za program atomowy.

14 lipca 2015 r. w Wiedniu podpisano w tej sprawie porozumienie. Większość sankcji zniknęła, Iran odzyskał zamrożone po rewolucji miliardy i znalazł się na dobrej drodze, by wrócić do prosperity i pokojowego współistnienia z resztą świata.

Nie tak szybko. Twardogłowi uznali, że skoro Rouhani zrobił swoje, to czas na pokaz ich siły; i zaczęli rzucać prezydentowi kłody pod nogi.

Jednocześnie nowy prezydent USA Donald Trump zaczął lać wodę na młyn irańskich radykałów, krytykując porozumienie nuklearne i grożąc kolejnymi sankcjami. Amerykanie są zaniepokojeni budowaniem przez Iran – a konkretnie przez konserwatywną Gwardię Republikańską – strefy wpływów w Syrii, Iraku i Libanie.

Obserwatorzy ostatnich demonstracji dostrzegli także niewidziane wcześniej hasła krytykujące wydatki na zagraniczne wojny. Choć sytuacja międzynarodowa nie ma bezpośredniego związku z protestami, to częściowo tłumaczy, dlaczego Irańczycy są rozczarowani.

W pierwszej kadencji prezydent Rouhani zdołał zdusić hiperinflację i zmniejszyć bezrobocie. To za mało. Efekty zniesienia sankcji są widoczne we wzroście PKB, ale na razie nie skapnęły w dół. Życie przeciętnego Irańczyka się nie poprawiło. Bezrobocie wynosi 12,6 proc., ale w niektórych regionach, według MSW, sięga 60 proc. – i jak wszędzie, największy kłopot z pracą mają młodzi. W tym roku rząd był zmuszony przyjąć budżet oszczędnościowy, zakładający m.in. bardzo dużą podwyżkę cen paliw.

Wydaje się, że iskrą, która spowodowała wybuch, był 40-proc. wzrost cen jaj. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego; np. w Indiach regularnie dochodzi do strajków i zamieszek za sprawą wzrostu cen cebuli. Ciekawsze jest to, że pierwszą antyrządową demonstrację, w Meszhedzie, zorganizował przegrany w ostatnich wyborach rywal Rouhaniego, Ibrahim Raisi. Inny wpływowy konserwatysta Ahmad Tavakoli stwierdził, że protesty były „przewidywalne” ze względu na politykę gospodarczą rządu.

Zwolennicy prezydenta są przekonani, że konserwatyści wywołali protesty, by osłabić jego pozycję. Podczas swojej drugiej kadencji Rouhani wprawdzie idzie na duże kompromisy, ku rozczarowaniu liberałów wziął do rządu wielu konserwatystów, ale jednocześnie gra twardo. Obnaża korupcję polityków prawicy, a prezentując w grudniu budżet, ujawnił, jak gigantyczne kwoty kraj wydaje na instytucje religijne – i rząd nic nie może z tym zrobić. Te informacje z pewnością podniosły poziom rozgoryczenia Irańczyków.

Tak więc protesty wyglądają na ciąg dalszy rozgrywki między frakcją konserwatywną i reformatorską. Ale jeżeli prawicowi politycy naprawdę liczyli, że w ten sposób osłabią Rouhaniego, to się przeliczyli. Bunt szybko nabrał własnej dynamiki, ludzie nie wołają „precz z Rouhanim”, tylko „precz z Chameneim”.

Jest inaczej niż w 2009 r. Tamten protest miał znanych przywódców, jasne żądania, jego motorem byli studenci z Teheranu. Tym razem demonstruje głównie prowincja i biedniejsza część społeczeństwa. Na sztandarach nie ma żadnych polityków, protestujący są najwidoczniej rozczarowani i tymi z prawa, i tymi z lewa.

Poza samymi demonstrantami władza nie ma w kogo uderzyć. Konserwatyści obwiniają więc te, co zwykle siły nadprzyrodzone: Amerykę, CIA, Izrael, Arabię Saudyjską. Ale nie ma żadnych poszlak, że protesty są sterowane z zewnątrz.

Ludzie zwoływali się poprzez media społecznościowe Instagram i Telegram – ten pierwszy serwis jest amerykański, ale właścicielem drugiego, bardziej popularnego, jest Rosjanin. I nie wygląda na to, żeby przynajmniej na obecnym etapie jakaś zewnętrzna siła mogła na nie wpłynąć. Trump może sobie twittować wyrazy poparcia dla protestujących, ale jako współsprawca niedoli Irańczyków nie cieszy się tam żadnym poważaniem.

Decentralizacja i brak przywództwa to poważne słabości nowego ruchu protestu (czy w ogóle można uznać go za ruch?). Władza nie powinna mieć problemów z tłumieniem odizolowanych ognisk, jeśli nie połączą się one w pożar, który obejmie Teheran. Ale nigdy nie wiadomo. Spontaniczne demonstracje, które na początku 2011 r. wybuchały w Tunezji, Egipcie i Libii, też nie miały przywódców, mimo to zdołały obalić zbyt pewne siebie reżimy.

Jeśli protesty będą trwać nadal, władze mogą zdecydować się na ustępstwa, np. przywrócenie subsydiów do żywności i opóźnienie podwyżek. Takie podejście zadziałało w Algierii i Arabii Saudyjskiej. Ale Chamenei może nie chcieć okazać słabości – w Syrii Baszar al-Asad przetrwał, stosując rozwiązanie czysto siłowe. Ponieważ nie wiadomo, jaką determinację zademonstrują buntownicy i jaka będzie odpowiedź Teheranu, trudno przewidzieć, jak protesty wpłyną na układ sił we władzach. Równie dobrze mogą wzmocnić mandat Rouhaniego do przeprowadzenia reform, co pomóc prezydenta zmarginalizować, albo też spowodować zbliżenie obu głównych frakcji przeciwko wichrzycielom.

Robert Stefanicki

Gazeta Wyborcza, 3.01.2018

error: Content is protected !!