Dlaczego Chiny wygrały z wirusem, a my przegrywamy

Władza nie kontestuje nauki, a społeczeństwo władzy ufa i ściśle stosuje się do jej poleceń. Jeśli są jacyś „koronasceptycy”, to wstydzą się ujawnić.

Czy mamy Chińczykom czego zazdrościć? Spójrzmy na liczby. Od początku roku w Chinach odnotowano ponad 90 tys. zakażeń i 4,7 tys. zgonów. W przeliczeniu na głowę daje im to 138. miejsce – 12. od końca – wśród państw ujętych w statystykach. Na każdy milion mieszkańców na COVID zmarło 911 Belgów, 668 Amerykanów oraz trzy i pół Chińczyka.

Wolno wątpić w prawdziwość chińskich statystyk. Ale nawet gdyby ofiar śmiertelnych było dziesięć razy więcej (jak sugerowali pewni badacze na podstawie analizy dymu z krematoriów), to i tak Chiny plasowałyby się w połowie stawki, powyżej wszystkich krajów Europy i obu Ameryk.

Nie ma wątpliwości, że epidemię w Chinach udało się opanować. Aktualnie jest tam po kilkanaście nowych zakażeń dziennie – głównie „z importu” – a nie kilka tysięcy, jak w Polsce.

Jak Chiny tego dokonały? Na Zachodzie panuje przekonanie, że władza wzięła ludzi za twarz i zamknęła w domach. W istocie sprawa jest bardziej złożona.

Chińską walkę z wirusem można podzielić na trzy fazy

Pierwsza, od początku grudnia 2019 r., gdy w Wuhanie stwierdzono pierwsze przypadki zachorowań, do połowy stycznia, jest dla Pekinu najbardziej wstydliwa: to faza zaprzeczenia i prób zamiecenia problemu pod dywan przez władze lokalne. Milionom nieświadomych mieszkańców prowincji Hubei, epicentrum epidemii, najpierw pozwolono się pozakażać, a potem rozjechać na Nowy Rok po kraju i świecie.

Donald Trump podkreśla, że Chiny zakaziły Amerykę i resztę planety. To poniekąd prawda, tyle że chińskie władze naprawiły swój błąd, opanowując sytuację. U siebie. Trudno je winić za to, że tego samego nie zrobiły inne rządy, choć miały dużo więcej czasu na działanie.

Gdy kierownictwo chińskiej partii komunistycznej zdało sobie sprawę z początkowych błędów i powagi problemu, podjęło zdecydowane kroki – na górze powołano grupy zadaniowe, na dół, do społeczeństwa, wysłano jasny sygnał, że sytuacja jest nadzwyczajnie poważna.

24 stycznia zamknięto miasto Wuhan – na 76 dni – a zaraz potem całą prowincję Hubei. Dziesiątki innych miast wprowadziły własne restrykcje, np. tylko jeden z domowników mógł wychodzić po zakupy. W całym kraju ustawiono 14 tys. punktów kontroli zdrowia. Nie otwarto szkół po feriach. Dla zakażonych bez poważnych objawów urządzono izolatoria na stadionach, żeby nie pozarażali domowników.

Do marca Chinom udało się zdusić niekontrolowaną transmisję wirusa i rozpoczęła się faza luzowania, ale nie na „hurra”.

Każdy ma w telefonie aplikację oceniającą, czy nie stanowi potencjalnego zagrożenia – dopiero po pokazaniu zielonego znaczka można wejść do metra, sklepu, restauracji. Jeśli pojawiało się nowe ognisko epidemii, włączano lockdown. Jeśli uznawano, że trzeba przetestować na COVID całe kilkumilionowe miasto, robiono to ekspresowo.

Jeden z modeli matematycznych oszacował, że działania powzięte w Chinach od 29 stycznia do 29 lutego zapobiegły 1,4 mln infekcji i 56 tys. śmierci.

Czego nie doceniamy w Chinach

Gregory Poland, dyrektor wydziału badań nad szczepionkami w amerykańskiej Klinice Mayo, w rozmowie z „Lancetem” chwali Pekin za szybkość działania: „Bardzo szybko zahamowali rozprzestrzenianie się wirusa. To był decydujący czynnik”.

Tak, umożliwiła to kontrola państwa nad społeczeństwem. Ale nie doceniamy zaangażowania społecznego w walkę z koronawirusem. Zmobilizowały się miliony ochotników w setkach organizacji – partyjnych, religijnych i obywatelskich, bo takie też w Chinach istnieją, choć pod czujnym okiem partii. To nie kamery czy drony pilnowały przestrzegania obostrzeń, ale ochotnicy i sąsiedzi. Wielu się nie podobał stan wyjątkowy, ale wszyscy się podporządkowywali – nie ze strachu przed państwem, przede wszystkim w przekonaniu, że państwo wie, co robi.

Chińska partia bowiem żyje w symbiozie z nauką i się tym chlubi. Nie do pomyślenia jest, żeby Xi Jinping publicznie kwestionował zdanie naukowców albo doradzał jakieś wątpliwe kuracje, jak Trump i jemu podobni.

Na czele walki z pandemią postawiono nie ministra, którego rodzina kręci lody na regulacjach rządowych, ale utytułowanego pulmonologa, który dowodził walką z SARS w latach 2002-03. Zhong Nanshan był jak dr Fauci w USA, tylko nie miał za plecami prezydenta uparcie zaprzeczającego jego słowom.

Okazało się, że władza miała rację. Dlatego jeśli Chińczycy staną kiedyś przed podobnym zagrożeniem, z pewnością zareagują tak samo: karnie, kierując się dobrem wspólnym.

Tak, to inna kultura. Parę dni po wejściu w życie obowiązku zakrywania ust i nosa dziennikarze „Wyborczej” sprawdzili, jak stosują się do niego mieszkańcy polskich miast. Wyszło, że prawidłowo nosi maseczkę jakieś dwie trzecie. „Bo okulary mi parują. Bo palę papierosa. Bo oddychać się nie da przez to”.

Na Tajwanie, gdzie prawie nie było zakażeń, w przedszkolu moja trzyletnia córka nosiła maskę przez sześć godzin dziennie. Nie była zadowolona, ale wszystkie dzieci nosiły, więc nie przyszło jej do głowy się buntować.

W Polsce nakaz noszenia maseczek przez przedszkolaki nawet nie był rozpatrywany – toż dopiero byłby krzyk… W naszym warszawskim przedszkolu, nim wprowadzono odgórny nakaz, część rodziców odmawiała prośbie dyrekcji, aby nosić maseczkę w kolejce do oddania i odebrania dziecka.

To oczywiście żaden wyjątek, ruch negacjonistów pandemii rozpędził się w wielu krajach.

W Chinach nie ma koronasceptyków. Ludzie wierzą w teorie spiskowe – głównie w tą, że koronawirus jest zaplanowanym atakiem USA na Chiny, będącą lustrzanym odbiciem amerykańskiej teorii o wyhodowaniu wirusa w chińskim laboratorium – bo jest ona zgodna z narracją partii. Jeśli są Chińczycy wierzący, że COVID „to tylko taka grypa”, to po pierwsze nie ma miejsca, w którym mogliby się z takim poglądem ujawnić, ale co ważniejsze wstydziliby się wyjść z tak oryginalną tezą. Zostaliby wyśmiani. Straciliby twarz.

Spójrzmy na wyniki badania opinii publicznej w 27 krajach na zlecenie Światowego Forum Ekonomicznego. Na pytanie o chęć zaszczepienia na COVID, gdy pojawi się szczepionka, 97 proc. respondentów w Chinach odpowiedziało „tak”. W Polsce – 55 proc.

Tak, to inna kultura. Powtarzali to sobie zachodni politycy, kiedy zimą obserwowali z założonymi rękami zmagania Chińczyków z wirusem.

Były trzy zasadnicze powody bezczynności

Pierwszy to „myślenie pozytywne” – że wirus do nas nie dojdzie, że zniszczy go ciepło, że może podatni są tylko Azjaci… Drugi to niepewność, co należy robić. Nie było analogicznych sytuacji w przeszłości, od „hiszpanki” minęło stulecie. Ale był SARS, z którego to doświadczenia Chiny (a także Tajwan i Wietnam) umiejętnie czerpały, przecierały drogę i pokazywały, co należy robić.

Trzeci powód to obawa przed reakcją społeczeństwa. Wyborców. Media wybijały takie sensacje z Chin, jak barykady na ulicach prowadzących do wiosek, brutalną interwencję policji wobec człowieka bez maseczki, golenie głów pielęgniarkom ochotniczkom przed wyjazdem do pracy w Wuhanie, drona napominającego staruszkę, by włożyła maskę, albo niepełnosprawne dziecko pozostawione bez możliwości zaopatrzenia, bo jego opiekunów złapano w kwarantannę.

Na Zachodzie patrzono na to z niedowierzaniem jak na film przyrodniczy. „U nas to by nie przeszło”. Przeszło, szkoda, że po niewczasie:

lockdown, obowiązkowe maski, śledzące apki, szpital na Stadionie Narodowym. Tylko tutaj wszystko jest dziurawe, budzi opór, objawiają się krocie samozwańczych ekspertów od zdrowia publicznego gotowych polec w obronie „wolności” razem z własnymi i cudzymi dziećmi oraz dziadkami.

Pandemia zaostrzyła starcie Chin z Zachodem i naturalnie odżyło pytanie, która cywilizacja okaże się bardziej żywotna.

Która zwycięży? Czy ta, w której normą jest poświęcenie dla dobra ogółu, czy może ta, w której kult indywidualizmu poszerza przestrzeń wolności, innowacyjności i radości życia, ale odbiera siłę wynikającą ze wspólnoty? Czy ta, w której władza ma monopol na prawdę i kłamstwo, czy też ta, w której każdy ma swoją wersję prawdy i może bezkarnie i bez wstydu rozpowszechniać dowolne bzdury? Jak zadziała prawo ewolucji?

Jest takie przysłowie, przypisywane w różnych wersjach różnym krajom Azji albo Mussoliniemu: „Lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż tysiąc lat jak owca”. Wolno się zgodzić albo nie. Tylko pamiętajmy: tygrysy są na wymarciu.

Gazeta Wyborcza, 24.10.2020

error: Content is protected !!