Dlaczego Korea Północna zataja urodziny swego wodza?

Kim Dżong Un skończył właśnie 34 lata. Żadnego święta, parad, nawet wzmianki w mediach. Eksperci zachodzą w głowę, skąd ta powściągliwość.

Już za miesiąc, 16 lutego, Korea Północna będzie świętowała Dzień Błyszczącej Gwiazdy – to rocznica urodzin Kim Dżong Ila, zmarłego w 2011 r. ojca obecnego przywódcy. 15 kwietnia przypada Dzień Słońca, czyli urodziny jego dziadka i założyciela państwa – Kim Ir Sena. Są to święta państwowe, wolne od pracy, obchodzone z pompą. Głównym punktem obchodów jest wojskowa parada w stolicy, z udziałem tysięcy żołnierzy i cywilów. Ukazują się specjalne znaczki i monety, odsłaniane są pomniki.
Zupełnie inaczej jest 8 stycznia, w dniu urodzin obecnego przywódcy. Od paru lat eksperci oczekują, że partia rządząca wreszcie uzna tę datę za święto narodowe, jednak w świeżo wydanym oficjalnym kalendarzu na 2018 r. wciąż jest to zwykły dzień roboczy.
Kiedy ustanawiano Dzień Błyszczącej Gwiazdy, Kim Dżong Il rządził dopiero od dwóch lat, a jego syn jest u władzy już lat sześć – i nic.

Bo jest wciąż zbyt młody

Nie jest nawet całkiem pewne, ile lat ma Kim Dżong Un. Większość badaczy przyjmuje, że przyszedł na świat w 1984 r. Potwierdziła to niedawno jego ciotka, która od 20 lat mieszka w USA. Ko Yong Suk powiedziała „Washington Post”, że Dżong Un urodził się w styczniu 1984 r., tak jak jej własny syn – obu zmieniała pieluchy. Twierdzi też, że członkowie elity władzy świętowali jego ósme urodziny; chłopiec dostał wtedy mundur generalski, a prawdziwi generałowie się mu kłaniali.

Gdy najmłodszy syn Kim Dżong Ila niedługo przed jego śmiercią został przezeń namaszczony na przywódcę, w Komitecie Centralnym Partii Pracy Korei zapadła decyzja o postarzeniu go: przesunięto datę urodzin z roku 1984 na 1982. Jedni uważają, że chodziło o stworzenie wrażenia, że nowy wódz narodu wcale nie jest takim gołowąsem, inni – że w grę wchodzi numerologia.

Nie wiadomo, jaka data obowiązuje obecnie, bo na oficjalnej stronie KRLD w zakładce „biografie przywódców” w ogóle nie ma życiorysu Dżong Una. Są tylko dwaj poprzedni oraz jego babka Kim Dżong Suk.

8 stycznia 2010 r. Koreańczycy niespodziewanie dostali wolny dzień, ale nie zostało powiedziane, że ma to związek z datą urodzin delfina. Dżong Un został wtedy oficjalnie uznany za następcę tronu. Przyznano mu najwyższe szlify generalskie, choć z armią nie miał nic wspólnego, i przyjęto go do Komitetu Centralnego partii.

Uważa się, że okres konsolidacji władzy zakończył się 12 grudnia 2013 r., gdy Kim Dżong Un zgładził swego wpływowego wuja Dżang Song Teka. Młody przywódca otrzymał kolejne stanowiska i tytuły. Oczekiwano, że na dobre rozpocznie się budowa kultu jednostki, a świętowanie urodzin będzie elementem tej kampanii. Jednak milczenie trwa.

Z jednym wyjątkiem: w styczniu 2014 r. do Pjongjangu zawitał były gwiazdor koszykówki Dennis Rodman, jedyny Amerykanin cieszący się względami przywódcy KRLD. Wziął udział w pokazowym meczu i na koniec zaśpiewał „Sto lat” Kim Dżong Unowi. W gazecie „Rodong Sinmun” wzmianka o urodzinach znalazła się na czwartej stronie, w cytacie z Rodmana. Natomiast agencja KCNA nie napisała, że koszykarz zaśpiewał piosenkę urodzinową, tylko że chciał oddać szacunek Kim Dżong Unowi. Wygląda to tak, jakby skądinąd zdyscyplinowany aparat propagandowy KRLD był pogubiony: wolno czy nie wolno wspominać o urodzinach przywódcy?

„Sposób, w jaki tę sprawę się rozgrywa, jest dla nas trudny do pojęcia, zwłaszcza gdy umieścić to we właściwym kontekście: Korea Północna to dyktatura, gdzie przywódca jest osią wszystkiego” – napisał w portalu DailyNK prof. Dżung Kyo Dżin z seulskiego Uniwersytetu Korei.

Widzi on kilka możliwych powodów. Pierwszy – dyktator jest wciąż zbyt młody. Gdy urodziny Kim Dżong Ila stawały się świętem narodowym, jubilat miał 40 lat.

Aidan Foster-Carter, koreanista z Uniwersytetu Leeds, zwraca uwagę, że twarzy Dżong Una nie ma również na znaczkach, które noszą w klapach członkowie najwyższej politycznej kasty. Są tam tylko jego dziad i ojciec. W kraju wciąż nie ma też jego pomników.

– Nie widzę w tym nic dziwnego – mówi Foster-Carter gazecie „Independent”. – Gdyby już teraz ustawił siebie w centrum, uznano by, że jest niecierpliwy. A przecież jeśli będzie żył tak długo jak dziadek, ma przed sobą jeszcze całe pół wieku.

Bo nie lubi kultu jednostki

Możliwe, że Dżong Un chce uchodzić za skromnego. We wrześniu „Guardian” napisał, że siostra dyktatora Kim Yo Dżong, minister w rządzie KRLD, próbuje „stworzyć wokół brata kult jednostki, który będzie prezentował go jako dobrotliwego, dostępnego przywódcę”.

Bardziej ryzykowną tezę stawia Michael Madden z Uniwersytetu Johna Hopkinsa. Uważa on, że nieświętowanie urodzin jest… buntem, próbą odejścia od kultu jednostki rozbudowanego przez przodków. – Mam wrażenie, że on nie lubi tego kultu i jest gotów się pozbyć pewnych jego aspektów z kultury politycznej Korei Północnej – powiedział Madden amerykańskiemu „Newsweekowi”.

Dlaczego ta teza jest ryzykowna? Bo przywódcy KRLD budują swoją legitymację do władzy wokół symboli politycznych, takich właśnie jak celebracja ważnych dat z życiorysów członków dynastii. Naród przekonany o nadnaturalnych przymiotach przywódców, zahipnotyzowany, nie odważy się im sprzeciwić. Północnokoreańscy nauczyciele dostali skrypt, w którym napisano, że Kim Dżong Un prowadził samochód w wieku trzech lat, a jako dziewięciolatek wygrał regaty. Taka tradycja: jego ojciec, mając trzy tygodnie, rzekomo zaczął chodzić, a gdy miał ich osiem – mówić.

Bo nie chce drażnić ludu

Są i inne teorie. Na przykład profesor Hazel Smith ze Szkoły Studiów Afrykańskich i Orientalnych w Londynie jest zdania, że obchody urodzin młodego Kima byłyby kosztowne i niepraktyczne. Styczeń to w Pjongjangu najzimniejszy miesiąc, temperatura często spada do minus 25 stopni. A państwo musi zebrać siły na wielkie obchody urodzin Kim Dżong Ila miesiąc później.

Niektórzy sądzą, że Dżong Un rezygnuje z pogłębiania kultu jednostki, bo zdaje sobie sprawę, że jego popularność w społeczeństwie spada, i nie chce drażnić ludzi. Portal DailyNK cytował niedawno źródła, które twierdziły, że zaostrzenie w ostatnich miesiącach sankcji Rady Bezpieczeństwa ONZ w odpowiedzi na północnokoreańskie testy nuklearne i rakietowe – zwłaszcza szlaban na eksport węgla – doprowadziły do wzrostu cen i bezrobocia.

To jednak nie tłumaczy, dlaczego datę urodzin Dżong Una od lat otacza zmowa milczenia.

Poza tym przywódcy KRLD nie muszą dbać o popularność. Jeśli nie ma chleba, organizują większe igrzyska, a także podsycają w narodzie poczucie zagrożenia. Mają w tym duże doświadczenie.

Bo matka miała złe pochodzenie

Prof. Dżung Kyo Dżin podejrzewa, że urodziny Kima pozostają sekretem ze względu na kontrowersyjną postać jego nieżyjącej już matki.

Ko Yong Hui, była tancerka w zespole bawiącym dygnitarzy z Pjongjangu, była konkubiną Kim Dżong Ila. Choć urodziła mu dwóch synów, żoną nie została, bo miała złe pochodzenie klasowe: Koreanka urodzona w Japonii, do tego córka robotnika pracującego w fabryce japońskiego ministerstwa wojny, automatycznie musiała być przypisana do wrogiej klasy.

Gdy Dżong Un stanął na czele kraju, były nieśmiałe próby włączenia jego matki do panteonu. W 2012 r. powstał o niej pełnometrażowy film propagandowy: Ko towarzyszy Kim Dżong Ilowi, narracja zestawia ją z matkami dwóch poprzednich przywódców. Ale w filmie – trudno w to uwierzyć – nie pada jej nazwisko. Koreańska propaganda w nielicznych momentach, gdy o niej wspomina, nazywa ją „Wielką Matką” albo „Matką Sogun” (czyli polityki „armia najpierw”). Grupa zajmująca się sukcesją po Kim Dżong Ilu podobno utajniła wszelkie informacje na jej temat. Każdy, kto by je ujawnił, naraziłby się na surową karę.

Sam Dżong Il nie miał takich problemów. Jego matka, Kim Dżong Suk, była komunistką; od najmłodszych lat towarzyszyła Kim Ir Senowi w walce z okupantem japońskim i jest uznawana za „bohaterską rewolucjonistkę antyjapońską”. W 1972 r. otrzymała tytuł Bohatera KRLD. 24 grudnia zeszłego roku, w stulecie jej urodzin, w Pjongjangu odbyły się huczne obchody.

Z matki Dżong Una nie da się zrobić takiej heroiny, a zdaniem prof. Dżung Kyo Dżina byłoby to konieczne, gdyby uznać dzień urodzin jej syna za święto. Jednym z mitów, na których opiera się dynastia Kimów, jest jej rzekome pochodzenie prosto ze świętej góry Paektu. Dla „japońskiej tancerki” nie ma tam miejsca.

Robert Stefanicki
error: Content is protected !!