Dom z błotnych cegieł

Ugandyjczycy nie stawiają muru na granicy z Sudanem Południowym, skąd dzień w dzień przybywają setki uchodźców. Witają ich z otwartymi ramionami – i sami na tym korzystają.

Deszcz zmienił drogę w rdzawy potok. Uwiązane do postronków kozy mokną, skubiąc miętę w przydrożnych rowach. Pod wiatr sunie mężczyzna na rowerze i kobieta z zafoliowaną maszyną do szycia na głowie. Stłoczeni na pick-upie pasażerowie rozwinęli płachtę brezentu, którą pęd powietrza wydyma niczym żagiel. Pod strzechami chatek, rzadko rozrzuconych pośród zagonów kukurydzy, znieruchomieli mieszkańcy. Nie można być pewnym, jakiej są narodowości – Uganda przyjęła już ponad milion Sudańczyków z Południa i zamiast upychać ich w obozach, jak robi to np. sąsiednia Kenia, pozwala się im integrować.

Jedynym miejscem przypominającym stereotypowy obóz uchodźców jest Impevi. Codziennie zwozi się tutaj autobusami ludzi, którzy przekroczyli granicę. Uganda i ONZ automatycznie uznają każdego uciekiniera z Sudanu Południowego za uchodźcę. Wczoraj do ośrodka przybyły 382 osoby, ale niedawno bywało ich nawet pięć razy tyle. Na dzień dobry dostają ciepły posiłek, są rejestrowani przez UNHCR, badani i szczepieni przez Lekarzy bez Granic.

W zadaszonej poczekalni tłum czeka na wyrobienie dokumentu. Tylko 15 proc. to dorośli mężczyźni. Urzędnicy pobierają odciski palców, wypełniają ankiety personalne. Zwykle Sudańczycy przybywają bez żadnego dobytku, za to z dużą liczbą dzieci, własnych i pozbieranych po drodze.

Pracownicy humanitarni identyfikują najbardziej potrzebujących: ofiary przemocy, niepełnosprawnych, z problemami psychicznymi, dzieci bez opieki. Im należy się szczególne traktowanie. Wszyscy pozostali dostają koc, plastikową matę, mydło oraz pryczę w jednym z olbrzymich namiotów. Ale tylko na jedną noc. Nazajutrz są odwożeni dalej, do jednego z obozowisk.

Bidibidi zajmuje 250 km kw. i mieści obecnie 287 tys. ludzi. To drugi po kenijskim Dadaab największy obóz uchodźców na świecie. Choć „tu nie mówi się obozy, tylko osiedla”, podkreśla Anouk Delafortrie z ECHO, unijnego biura pomocy humanitarnej.

Byłem głodny, a daliście mi jeść*

32-letni George Malish przybył do Ugandy osiem miesięcy temu z żoną i sześciorgiem dzieci. Powód? „W okolicy wybuchły walki” – każdy uchodźca powie to samo, beznamiętnie. Ci ludzie nie są stroną wojny domowej toczonej w najmłodszym państwie świata przez polityków watażków, tylko cywilami, którzy dostali się między jej tryby. Nie przenoszą konfliktu do Ugandy, na wychodźstwie żyją w zgodzie. Mimo że w osiedlach miesza się społeczności, żeby nie powstały getta.

Decyzję o ewakuacji podejmują błyskawicznie, bo na namysł nie ma czasu, całe wioski. Różnica między stronami konfliktu jest dla nich taka, że rebelianci pozwalają uciekać, a wojsk rządowych trzeba po drodze unikać… Rodzina George’a szła do granicy cztery dni. Jego dom stoi pusty, ale żołnierze i rebelianci ukradli wszystkie ruchomości. Chciałby wrócić, gdyby tylko wojna się skończyła.

W Bidibidi dostali działkę 30 na 30 m, plastikową płachtę zadrukowaną logo UNHCR i kije na rusztowanie domu. Liście na strzechę musieli pozyskać we własnym zakresie. – Największy problem jest z pracą – wyznaje George. W Ugandzie przepracował cztery i pół dnia przy wyrobie cegieł. Na tyle starczyło grantu DanChurchAid. Duńska organizacja chwali się, że dała pracę 2420 uchodźcom – ale każdemu tylko przez cztery i pół dnia. Wynagrodzenie: równowartość 50 zł.

– Są różne prace przy kładzeniu wodociągu albo stawianiu budynków, ale dostają je Ugandyjczycy – skarży się George. Przyjęto zasadę, że 30 proc. budżetu pomocowego idzie dla tutejszych: na miejsca pracy, szkoły, służbę zdrowia, infrastrukturę. Np. wierci się siedem studni w rejonie zamieszkanym przez uchodźców i trzy w wioskach Ugandyjczyków. Ci ostatni się skarżą, że najlepszy pracodawca – organizacje humanitarne – zatrudnia głównie Sudańczyków.

W poprzednim życiu George zajmował się handlem. Dzieci posyłał do prywatnej szkoły, bo państwowe i przed wojną były marne. Tu jest podobnie. W szkole Yoyo, którą odwiedziłem, jeden nauczyciel przypada na 200 uczniów; w klasie potrafi się ich uczyć ponad setka.

– Cieszę się, że żyję, ale męczy mnie bezczynność. Chciałbym podjąć jakąś pracę fizyczną, żeby zaoszczędzić i uruchomić biznes w Bidibidi – dodaje.

Wzdłuż drogi widać stoiska takich przedsiębiorców: sprzedają benzynę z plastikowych butelek albo podkoszulki, ładują telefon i go użyczają, skupują i sprzedają żywność.

Największą bolączką jest brak gotówki. Żeby dostać panel solarny, kule albo nową motykę, trzeba złożyć wniosek w biurze jednej z organizacji. Zachorowałeś? Lekarz jest za darmo, ale na lekarstwa trzeba czekać. Możesz je kupić w prywatnej klinice, więc musisz sprzedać żywność z przydziału. Bywa, że uchodźcy dostają za sprzedane produkty 9 proc. kwoty, jaką ONZ za nie zapłaciła.

UE nie funduje dostaw żywności, tylko zasiłki na jej kupno. Gotówki w obiegu ma być coraz więcej, uchodźcom zakładane są konta bankowe, po osiedlach kursują autobusy z bankomatami, ale na razie to programy pilotażowe. Zdecydowana większość Sudańczyków o pieniądzach może tylko pomarzyć. Kierowany przez człowieka Donalda Trumpa Światowy Program Żywnościowy (WFP) – agencja ONZ zajmująca się żywieniem uchodźców – woli wozić do Afryki nadwyżki amerykańskiej żywności. A rząd Ugandy nie zgadza się na rozdawanie pieniędzy świeżo przybyłym.

Jeżeli w waszym kraju osiedli się przybysz, nie będziecie go uciskać

– Naszym celem jest to, aby uchodźcy mogli się sami utrzymać – deklaruje Robert Baryamwesiga, komendant osiedla Bidibidi z ramienia rządu Ugandy.

I wylicza priorytety: budowa kwater dla nauczycieli, budowa wodociągów, bo teraz połowa wody jest dostarczana cysternami (gdy tylko podjeżdża cysterna, zjawiają się kobiety z żółtymi kanistrami), naprawa zdegradowanego środowiska naturalnego („kiedyś biegały tu małpy, ale wycięto wszystkie drzewa”), wreszcie utrzymanie pokojowego współistnienia społeczności uchodźców i Ugandyjczyków.

– Mamy środek przeciwbólowy (obozy), a potrzeba kuracji – mówi Baryamwesiga. – Trzeba się zająć gaszeniem konfliktu w Sudanie Południowym i rozwojem północnej Ugandy.

Uganda nie od wczoraj przyjmuje uchodźców. Obóz Rhino powstał już w 1993 r. Jest podzielony na 35 wiosek, większość mieszkańców to Sudańczycy, ale przemieszani z miejscowymi.

W cieniu drzewa rozpoczyna się cotygodniowe zebranie grupy o nazwie Wioskowe Stowarzyszenie Oszczędności i Pożyczek. Należy do niej 25 osób, w większości kobiety, przewagę liczebną mają Ugandyjczycy. Najpierw wspólna modlitwa, potem sprawdzanie listy obecności. Jest prezes, sekretarz oraz skarbnik – starzec imieniem Matthias sprawujący pieczę nad metalową skrzynką zamkniętą na kłódkę. Sekretarz głośno wyczytuje nazwiska i wpływy bądź wypływy ze skrzynki, co jest pieczołowicie odnotowywane w księdze.

Każdy członek wpłaca co tydzień 2 tys. szylingów, czyli 2 zł. Połowa idzie na konto oszczędnościowe, połowa na fundusz pożyczkowy. Można zeń wypłacić drobną kwotę. W wypadkach nagłych – np. ktoś potrzebuje na lekarstwa – przez dwa tygodnie pożyczka jest nieoprocentowana. Najbardziej obrotni pożyczają, by kupić jedzenie na targu i sprzedać z zyskiem w wiosce. Opłaca się mimo oprocentowania w wysokości 40 proc. rocznie.

To jeden z projektów finansowanych przez UE w ramach programu wzmacniania rolników. Unia organizuje też dla uchodźców szkolenia.

– Są potem lepszymi farmerami niż Ugandyjczycy – opowiada szef trenerów Samuel Martin Yokwe. – Także dlatego, że Sudańczycy mają mniej ziemi i bardziej dbają o produktywność.

Rolnikom próbuje się zaszczepić ducha kolektywizmu: gdyby połączyli siły, mogliby używać maszyn i sprzedawać nadwyżki hurtownikom.

Miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej

– Jeśli uchodźcy szanują gospodarzy, są mile widziani. Oni nie atakują nas nożami – mówi Ugandyjka Perpetua, jedna z członkiń kasy oszczędnościowej. Jej ziemia wyschła i Perpetua najmuje się do pracy na polach Sudańczyków. – Bóg każe pomagać. Trzeba im pomóc, oni sobie nie wybrali wojny – tłumaczy.

Większość uchodźców pochodzi z rejonów przy granicy z Ugandą. Mają kulturę tożsamą z Ugandyjczykami, są chrześcijanami. Częste są mieszane małżeństwa: dla Sudańczyków to wyrwanie się z uchodźstwa, dla Ugandyjczyków – darmowe jedzenie z ONZ.

Perpetua sama była uchodźczynią w latach 80., gdy obecny prezydent Yoweri Museveni organizował w Kongu partyzantkę, chcąc obalić Miltona Obote. Potem z mężem wyjechała do Sudanu. To częsty element biografii Ugandyjczyków. Mówi się, że Museveni przyjmuje uchodźców, bo sam był jednym z nich. Promował panafrykańskość, czyli wspólnotę kontynentalną: „Wszyscy jesteśmy Afrykanami, musimy sobie pomagać”. Stoi za tym także kalkulacja polityczna – społeczność międzynarodowa chwali Ugandę jako kraj wzorowo traktujący uchodźców.

Uganda dostaje za to sporo pieniędzy, ale z drugiej strony tak gwałtowny przybór ludności zaostrza konkurencję o wodę, dostęp do lekarza, miejsce w szkole. Region przy granicy z Sudanem to najbiedniejsza część kraju.

To, że tak szybko udało się znaleźć miejsce dla takiej masy uchodźców, jest wielkim, zbiorowym sukcesem międzynarodowej pomocy humanitarnej. Obozami zarządza UNHCR, UE jest największym donatorem, w obozach działają chyba wszystkie największe organizacje. Na budynkach i toyotach widnieją logo UNICEF, Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, Oxfamu, Save the Children, Danish Refugee Council, Norwegian Refugee Council, FinChurchAid…

W tym roku UE wydała 65 mln euro z budżetu humanitarnego i 20 mln ze specjalnie utworzonego funduszu celowego (trust fund). Ale potrzeby określono na 900 mln euro.

ECHO podkreśla, że czas łączyć cele humanitarne z rozwojowymi. Uchodźcom nie można przez kilkanaście lat dawać ryby, trzeba dać im wędkę. Wielu jest jednak takich, którzy zawsze będą potrzebowali ryby.

Flora Tukwaje przyszła do Ugandy w lipcu 2016 r. z czwórką swoich dzieci i czwórką zmarłej siostry. Nie wiadomo, czy pozostawiony w Sudanie mąż żyje, jego telefon nie działa. Flora zbudowała domek z błotnych cegieł, żyją w nim jak sardynki w puszce. Dach z trawy przecieka. Na trójkątnej działeczce o boku 10 m Flora uprawia kukurydzę, maniok, dynię, orzeszki ziemne. Niektórzy Sudańczycy dzierżawią lub dostają do uprawy leżące odłogiem ziemie Ugandyjczyków, ale Flora jest na to za słaba. Żeby zaopatrzyć dzieci i wysłać je do szkoły, sprzedaje połowę jedzenia otrzymanego od ONZ. Ma jedno życzenie: trochę gotówki.

*Śródtytuły są cytatami z Biblii

Robert Stefanicki

Gazeta Wyborcza, Magazyn Świąteczny, 8.09.2017

error: Content is protected !!