Listy miłosne

Dostaję listy od dwóch farangów, z Holandii i z Ameryki. Piszą, że kochają i że zabiorą mnie z Tajlandii. Ja piszę, że kocham, że skończyłam z pracą w barze. Nie kocham ich, tylko lubię. Nie przestałam pracować. Tak, kłamię, ale oni też kłamią, więc to chyba w porządku

Zasypia upalny dzień. Bary podkręcają muzykę, zalewając ulice kakofonią dźwięków zmieszanych w jeden ogłuszający koktajl. W każdym lokalu więcej miejscowych dziewczyn niż turystów. Konkurs uśmiechów. „Halo, przystojniaku”, „Chodź, chodź…”.

Ona: Bary zatrudniają hostessy, żeby klienci przychodzili i zamawiali drinki. Jest duża konkurencja, więc dziewczyny są ważne. Te najładniejsze siedzą przy wejściu. Jeśli są nowe, to jeszcze nie mówią po angielsku i się wstydzą, więc tylko się uśmiechają i zachęcają do wejścia. Ja rozmawiam z facetami. Pytam, skąd przyjechali, jak długo są w Tajlandii, gdzie pracują. Próbuję ich zabawić. Gram w warcaby albo w rzutki, tańczę na stole. W ubraniu, to nie jest bar go-go.

On: Po raz pierwszy przyjechałem do Tajlandii cztery lata temu na urlop. Nie słyszałem wówczas nic o tamtejszej prostytucji, a nawet gdybym słyszał, to raczej by mnie to nie zainteresowało. Nigdy w życiu nie korzystałem z takich usług, nie znałem też nikogo, kto by to robił. Trochę zwiedzałem kraj, w końcu trafiłem na plażę do Patai. To miejsce – oprócz kilku uliczek w Bangkoku i wyspy Phuket – jest głównym ośrodkiem tajskiej prostytucji. Co może robić samotny mężczyzna wieczorem w Patai? Właściwie jedno – idzie do baru. Tam już czekają miłe hostessy. Nie wiem, może zrobiłem to z nudów, może z chęci przeżycia czegoś ekscytującego, może po prostu za dużo wypiłem – w każdym razie wziąłem dziewczynę. To było takie cholernie nieformalne, nie zapłaciłem za nią nawet „opłaty barowej”. Była druga w nocy, zamykali bar, ona powiedziała, żebym poczekał na zewnątrz. Spytałem, ile chce pieniędzy. Usłyszałem: „To zależy od ciebie”. Poszliśmy do hotelu. Ona była zawstydzona, wyraźnie nie sprawiało jej to frajdy, chociaż się starała. Było tak sobie. No, wtedy o tym tak nie myślałem, byłem podekscytowany tym, że pierwszy raz w życiu jestem z prostytutką. Dałem jej jakieś 15 dolarów – śmieszne pieniądze, ale była zadowolona. Następnego dnia miałem moralnego kaca. Myślałem: „Boże, co ja zrobiłem, teraz za karę dostanę trypra albo AIDS”.

Ona: Zwykle zaczynam pracę około południa, kończę o drugiej w nocy. Bar nie płaci mi stałej pensji. Kiedy zabawiam klienta, proszę go, żeby mi kupił lady drink – to szklaneczka coca-coli z odrobiną whisky. Kosztuje 100 bahtów [10 złotych – red.], z czego ja dostaję 20. Kiedy facet chce mnie zabrać do hotelu, musi zapłacić w barze „karę” za utratę hostessy, która tego wieczoru nic już nie zarobi. Opłata jest stała – 400 bahtów, z czego ja dostaję potem 50. Kierowniczka zapisuje wszystko w zeszycie i rozlicza raz w tygodniu. To bardzo małe pieniądze. Tak naprawdę żyję z tego, co faceci płacą mi za seks. To co najmniej kilkaset bahtów, czasem zdarzają się i dwa-trzy tysiące.

On: Tuż przed wyjazdem ponownie odwiedziłem bar, w Bangkoku. Tym razem trafiłem na świetną dziewczynę. Ona nie tylko potrafiła to robić, ale lubiła i – o ile się na tym znam – nie udawała. Rany! I te drobne, ale ważne szczegóły – przytulanie, całowanie… Wcale nie czułem się jak z prostytutką, tylko jak z normalną dziewczyną poderwaną w barze.

Wróciłem do Chicago wypoczęty, w dobrym nastroju. A tam zimno, deszcz… Po pół roku znów wziąłem urlop i pojechałem do Tajlandii. Nie z powodu seksu, przynajmniej tak mi się wydawało. Wylądowałem w Bangkoku, nie wiedziałem, co robić, poszedłem do baru. Zrozumiałem, że nie chcę dłużej tak żyć. Praca w Stanach nie dawała mi satysfakcji, rzuciłem ją. Zebrałem oszczędności i przeprowadziłem się do Bangkoku. Utrzymywałem się, ucząc angielskiego, no i co jakiś czas chodziłem do barów.

Przy błyskach stroboskopowych świateł tancerki go-go w bikini niemrawo wyginają się w takt muzyki. Żadnych szaleństw, każda trzyma się swojej rurki jak autobusowej poręczy. Na jakiś – niewidzialny dla niewtajemniczonych – sygnał dziewczyny pozbywają się biustonoszy. „Welcome to the Hotel California…”. Na piętrze tańczą bez majtek, a piwo kosztuje tyle samo.

On: Nie jestem wyjątkiem. Obserwuję, jak wielu mężczyzn z Zachodu wciągają tajlandzkie bary. Wizerunek seksturysty jako grubego i łysego dziada to stereotyp. Jasne, są i tacy, ale z dziewczynami z barów chodzą również młodzi i przystojni.
Kiedyś przyjechał do Bangkoku mój kolega. Kiedy przespacerował się po raz pierwszy po Patpongu [jedna z ulic czerwonych latarni – red.] był oburzony: „To obrzydliwe, w życiu bym nie zbliżył się do tych…”. Tydzień później o drugiej w nocy odbieram telefon: „Słuchaj, nie wiem, jak to powiedzieć, ale… Czy… czy będę miał AIDS?!”. A ja duszę się ze śmiechu i wygłaszam stałą formułkę: „Statystycznie rzecz biorąc, to mało prawdopodobne. Jednak jeśli chcesz mieć pewność, za trzy miesiące powinieneś się zgłosić na badanie krwi”.

Ona: Nie do końca rozumiem, dlaczego tylu farangów [tak w Tajlandii nazywają obcokrajowców z Zachodu – red.] przyjeżdża tu po miłość. Chyba nie znajdują miłości u siebie w domu. Są nieszczęśliwi. Tajskie dziewczyny różnią się od kobiet z Zachodu. Moim zdaniem jesteśmy brzydsze, ale może mamy lepsze serca. Czasami faceci mówią: „Nasze dziewczyny są zimne, zajmują się karierą, nie dbają o mężczyzn”. Mówią: „Lubię tylko Tajki, nie chcę żadnych białych kobiet”. Ale może tak naprawdę to one ich nie chcą.

On: Fenomen tego zjawiska polega na ładnym opakowaniu. W Tajlandii nie idziesz do burdelu, idziesz do baru albo do salonu masażu. W drzwiach nie stoi barczysty ochroniarz z kijem bejsbolowym, tylko kobieta o zniewalającym uśmiechu. Flirtujesz z hostessami, z tancerkami go-go, z kelnerkami. One są tobą zainteresowane. Choćbyś wyglądał jak Quasimodo, będą ci mówiły, jak szalenie jesteś przystojny. Żadnych zobowiązań. Wypijasz piwo i jeśli nie widzisz laski, z którą chciałbyś spędzić noc, to idziesz do innego baru, gdzie kociaki są równie chętne i gorące. Z każdym kolejnym drinkiem wzrasta ci ochota na seks oraz tolerancja – piękne zdają się nawet dziewczyny o przeciętnej urodzie, a choćby po angielsku znały ledwie kilkanaście słów, uważasz je za zabawne i inteligentne. Nie myślisz o nich jak o prostytutkach. Jest gorąco, wokół masa pięknych kobiet, piwo jest chłodne, dobra muzyka. Jesteś jak w jakimś pięknym śnie. Nie musisz żadnej brać do łóżka, ale… właściwie dlaczego nie? To kosztuje śmiesznie mało, a byłoby przyjemnie na resztę nocy oddać się w czułe i sprawne ręce jakiejś śniadej skośnookiej piękności. Nie musisz nawet ściągać obrączki z palca, to jej nie interesuje. Luz – jesteś na wakacjach, nikt nie widzi… Ani się obejrzysz, lądujesz z dziewczyną w hotelu.

Kupujemy sobie pobyt w raju, ale to tylko złudzenie. To stuprocentowa prostytucja, tylko inaczej podana. Alfonsów nie widać, ale to oni kręcą tym interesem, przy biurku na zapleczu liczą pieniądze. I im, i dziewczynom chodzi tylko o pieniądze. O nic więcej.

Nad pisuarem przyklejona reklama pizzerii: „Co najlepiej pasuje do cipki i piwa? Pizza! Telefon…”.

Ona: Pochodzę z prowincji Isaan na północnym wschodzie. To bardzo biedny region. Ziemia jest jałowa, nie ma pracy nawet dla mężczyzn. Skończyłam obowiązkowe sześć klas szkoły, potem pomagałam rodzicom przy gospodarstwie. Miałam chłopaka, zaszłam w ciążę, wyszłam za mąż. Ale tajscy mężczyźni nie są dobrzy. Nie dbają o rodzinę, zdradzają żony. Wszystko musiałam robić sama, zajmować się domem, dzieckiem. Moje małżeństwo się rozpadło.

On: Narzekania na tutejszych facetów to ich stały repertuar. „Tajscy mężczyźni to motyle”, czyli niewierni, przeskakują z kwiatka na kwiatek. Trudno uwierzyć, że mówi to dziewczyna, która co noc śpi z kimś innym. Gadka szmatka dla faranga. Jest jednak w tym narzekaniu i ziarno gorzkiej prawdy. Te kobiety są uczone postrzegać mężczyznę jako istotę wyższą. Chłopcy od małego są rozpieszczani, nie czują odpowiedzialności, potrzeby zapewnienia bytu rodzinie. Są słabi. Więzy społeczne podtrzymują kobiety: rodzinne, na linii babka – matka – córka, oraz regionalne – przyjaciółki z jednej wsi, z jednego okręgu. Nawet jeśli pracują w obcym mieście, będą się trzymać razem, pomagać sobie wzajemnie.

Ona: Musiałam sama zarobić na utrzymanie. Zostawiłam syna starszej siostrze i wyjechałam na południe, do Phuket. Najpierw pracowałam w sklepie, ale pensja była bardzo mała i nic nie dało się odłożyć. Spotkałam koleżankę z rodzinnych stron. Pracowała w barze, miała dużo pieniędzy. Pomogła mi, zaczęłam z nią pracować. To już trzeci rok. Co miesiąc posyłam do domu pieniądze, raz więcej, raz mniej, zależy, ile zarobię. Moja rodzina nie wie, czym się zajmuję. Mówię im, że nadal pracuję w sklepie. Trochę tęsknię za synem. Ma osiem lat.

On: To reakcja łańcuchowa. Jedna dziewczyna wyjeżdża ze wsi do Bangkoku i w ciągu dwóch godzin, leżąc na plecach, zarabia tyle, co jej cała rodzina w ciągu miesiąca. Posyła pieniądze do domu – jest to jej święty obowiązek. Rodzice kupują wymarzony telewizor, skuter, kładą nowy dach. Kiedy podróżuje się przez wsie Isaanu wśród lepianek, widać tu i ówdzie jeden murowany dom. To znak, że córka gospodarzy ma dobrą pracę – jest prostytutką w mieście. Dziewczyna przyjeżdża w odwiedziny do rodzinnej wsi, ma nowe ciuchy, makijaż, kosmetyki, złoto. Koleżanki jej zazdroszczą. Nie chcą już więcej zajmować się bawołami, proszą: „Załatw nam pracę w mieście”. Ona chce pomóc, zabiera jedną czy dwie co ładniejsze ze sobą. Ich rodziny zazdroszczą sąsiadom „bogactwa”, mówią: „Jedź”.

Pracy w przemyśle seksualnym nigdy nie brakuje, a pieniędzy nigdy dość. Konsumpcja rośnie lawinowo. Im więcej dziewczyna zarabia, tym więcej wydaje. Rodzice też chcą więcej i więcej, jest przecież jeszcze tyle rzeczy do kupienia. Czasem tworzy się błędne koło – dziewczyna pracująca w Bangkoku posyła na wieś pieniądze, które jej ojciec wydaje na miejscowe prostytutki.

Ona: Czy lubię swoją pracę? Czasem tak, czasem nie. Niewielu ludzi lubi pracować. Praca jest po to, żeby żyć. Lubię się dobrze zabawić. Wielu facetów jest zabawnych, można się z nimi pośmiać, potrafią dziewczynę zadowolić w łóżku. Zdarzają się i niemili. Jeśli ktoś mi się nie podoba, to z nim nie pójdę, choćby dawał i trzy tysiące. Pod tym względem praca w barze jest dobra. Dziewczynom go-go trudniej odmówić, bo klient nie musi wcześniej z nimi rozmawiać, wystarczy, że wykupi ją od mamasan [kierowniczka sali w barach go- -go – red.]. Najgorzej mają dziewczyny z salonów masażu, one są wybierane z wystawy – jeśli odmówią, mogą stracić pracę. Większość moich koleżanek nie odmawia, nie może sobie na to pozwolić. Trzeba zapłacić czynsz, nakarmić dziecko, czasem dwoje albo troje dzieci. Ja jestem popularna, moi faceci czasem biorą mnie po raz drugi, polecają kolegom. Może dlatego, że ja lubię seks. Wiele dziewczyn nie lubi tego robić i faceci to czują.

On: Z jednej strony żal mi ich. Prostytucja pozostawia w tych dziewczynach urazy psychiczne już po kilku tygodniach od rozpoczęcia pracy. Po paru latach niektóre wariują, inne się rozpijają, wpadają w narkotyki albo w hazard. Z barem ciężko zerwać. W swoich wioskach ze stygmatem prostytutki nie znajdą już męża. Jednak w barze nie można żyć wiecznie, najwyżej do 40., 45. roku życia – i to tylko dlatego, że wielu starszych klientów lepiej się czuje w towarzystwie starszych kobiet. A potem co? Niewiele życiorysów ma happy end. Ich jedyna szansa to małżeństwo z farangiem.

Z drugiej strony – to nieprawda, że nie ma innych możliwości zarabiania na życie. Tajlandia nie jest tak bogata jak sąsiednia Malezja, ale nie jest tak biedna jak Birma. Kraj się rozwija. Pracy nie ma może w Isaan, ale jest w Bangkoku, jest na południu – w sklepach, w biurach turystycznych… No ale tu trzeba się napocić, a zarobki nie są duże.

W barze wszyscy są równi: urzędnicy i robotnicy, nauczyciele i taksówkarze, emeryci i studenci. Ich ręce zgodnie wędrują po udach i pupach wybranek. Jednak rozmawiają raczej ze sobą: – Nie uwierzysz, John, na starość zostałem filantropem. Wczoraj w nocy wspomogłem finansowo tajską sierotę!

Ona: Dużo mówi się o AIDS. Rząd za darmo rozdaje prezerwatywy w barach. Dziś każda dziewczyna wie, że trzeba tego używać, bo można zachorować i umrzeć. Większość nie godzi się na stosunek bez, ale jeśli farang tego właśnie szuka, to bez trudu znajdzie chętną. Faceci czasem tłumaczą, że źle się czują w prezerwatywie i że mogą zapłacić więcej za seks bez. Czy mnie się to zdarza? Tak, czasem. Nie, raczej nie robię tego dla pieniędzy ekstra. To zależy od sytuacji. Jestem spontaniczna i jeśli facet mi się podoba… zdarza się.

On: Biję się w piersi. Pośrednio to my, Amerykanie, jesteśmy odpowiedzialni za rozwój prostytucji w Tajlandii. Pierwsze burdele powstały tu w latach sześćdziesiątych dla żołnierzy walczących w Wietnamie. Wówczas rozeszła się fama o Tajlandii jako raju seksualnym. Było lekkie załamanie pod koniec lat osiemdziesiątych, ludzie przestraszyli się AIDS, ale po paru latach rynek się odbudował. W 1997 roku po załamaniu gospodarczym spadła wartość bahta, Tajlandia potaniała i turyści napłynęli nową falą. Kolejne ośrodki handlu ciałem powstają wszędzie tam, gdzie rozwija się turystyka – Phuket, ostatnio Ko Samui. Wielu mężczyzn przyjeżdża tylko po seks, szkoda, bo w Tajlandii jest mnóstwo pięknych rzeczy do obejrzenia, nie tylko bary.

Kiedyś władze promowały seksturystykę. Było takie hasło: „Od tajlandzkich dziewczyn słodsze są tylko owoce”. Teraz z tym walczą, ale nieskutecznie. Jedno, co się udało, to ograniczenie AIDS dzięki licznym programom edukacyjnym w telewizji i rozdawaniu prezerwatyw. Oficjalna wykładnia głosi, że „w Tajlandii zjawisko prostytucji występuje w stopniu nie większym niż na Zachodzie”. Okazjonalnie zamyka się bary podczas świąt religijnych albo międzynarodowych konferencji. Prostytucja jest nielegalna, tylko nie sposób wyegzekwować tego w praktyce. Bary to bary, a co dziewczyny robią potem z klientami, to ich sprawa. Problemy załatwia się łapówką. Wszyscy policjanci wiedzą, w których barach go-go w ich rejonie dziewczyny tańczą nago, łamiąc prawo.

Sektor obsługi obcokrajowców jest znacznie mniejszy od sektora dla Tajów ukrytego przed niepożądanym wzrokiem. Tajscy mężczyźni, nawet ci najbiedniejsi, mają w zwyczaju raz, dwa razy w miesiącu odwiedzać burdel. O likwidacji tego sektora można zapomnieć, bo wybuchłby bunt męskiej części społeczeństwa. Natomiast walka z barami dla farangów, z których prostytucja wylewa się na ulicę, jest bardziej spektakularna i politycznie nośna.

Druga w nocy. Zgodnie z prawem bary kończą pracę. Żywy towar ulega gwałtownym przecenom, zawierane są pospieszne transakcje. Teraz albo… dopiero jutro. Po pustych ulicach, trzymając się za ręce, biało-śniade pary zmierzają w stronę hoteli.

Ona: Dostaję listy od dwóch farangów, z Holandii i z Ameryki. Piszą, że kochają i że zabiorą mnie z Tajlandii. Ja piszę, że kocham, że skończyłam z pracą w barze. Nie kocham ich, tylko lubię. Nie przestałam pracować, bo muszę utrzymać rodzinę. Skąd mogę wiedzieć, jak długo jeszcze będą przysyłać mi pieniądze – mogą poznać jakąś inną dziewczynę i przestać. Tak, kłamię, ale oni też kłamią, więc to chyba w porządku. Nie wierzę, że mnie kochają. Może ten z Holandii trochę kocha. Napisał, że przyjedzie za miesiąc.

On: Co roku miliony dolarów płyną do Tajlandii od farangów zakochanych w dziewczynach z barów. Facet spędza z dziewczyną tydzień, poza łóżkiem nie jest w stanie porozumieć się z nią na żaden temat, bo ona prawie nie mówi po angielsku, a potem przysyła jej pieniądze, wierząc, że sprowadza ją w ten sposób ze złej drogi. Ona pisze słodkie słówka, śmieje się w kułak. Są nawet książki z gotowymi wzorami listów: „Kochany, moja mama jest poważnie chora, zdechł nam ostatni bawół, a poza tym jestem w ciąży. Proszę, przyślij mi dużo pieniędzy…”. Najlepsze mogą wyciągnąć w ten sposób nawet 50 tys. bahtów miesięcznie. To kupa pieniędzy. Owszem, zdarzają się małżeństwa, ale udane należą do rzadkości. Łatwo wyciągnąć dziewczynę z baru, ale trudniej wyciągnąć bar z dziewczyny.

Ona: Co dalej? Nie wiem. Nie zwiążę się więcej z żadnym Tajem. Czasem idę z farangiem i na ulicy zaczepia mnie jakiś Taj. Krzyczy: „Hej, dlaczego nie pójdziesz ze mną? Bo nie mam pieniędzy?”. Farang ma pieniądze dla mnie, a Taj oczekuje, że to ja go utrzymam. Dużo moich przyjaciółek wydaje wszystko, co zarobią, na swoich chłopaków. Nie wiem, co dalej. Może popracuję jeszcze rok i wrócę do domu. Może poślubię tego Holendra, on ma dobre serce. Czy w Holandii jest zabawnie?

Ranek. Z hoteli wymykają się zmęczone dziewczyny, bogatsze o kilkaset bahtów i jedno doświadczenie więcej. Stukając obcasami, zmierzają do swoich maleńkich pokoi wynajmowanych do spółki z koleżanką. Pospać trochę, zanim wstanie nowa noc, taka sama jak poprzednia.

On: Ten kraj schodzi na psy. Z roku na rok jest drożej, ludzie są coraz bardziej chciwi. Popyt przewyższa podaż, więc bary zatrudniają byle kogo. Znudziło mi się to wszystko, a na widok pussy show dostaję mdłości. Postanowiłem: wyjeżdżam. Najpierw do Chicago, odwiedzić rodziców, potem zobaczę. Może do Ameryki Południowej. Słyszałem, że tamtejsze dziewczyny są naprawdę seksualnie wyzwolone, nie robią tego tylko dla pieniędzy. I wiesz co? Obiecałem sobie, że kiedyś wrócę do Tajlandii. Nie wstąpię do baru. Pojadę na północ i wynajmę domek nad brzegiem Mekongu. Gdzieś, gdzie nie dotarły burdele.

Ona: Do zobaczenia, kochany. Muszę już iść. Och, jutro wracasz do Europy? To nic, wrócisz przecież. Ja to wiem, wrócisz. Wy zawsze wracacie.

SEKS I TAJLANDIA W LICZBACH
20 mld dolarów – na tyle oszacowano sumę wpływów z usług seksualnych w Tajlandii za rok 1995. Równało się to połowie budżetu kraju.

300 mln dolarów prostytutki pracujące w miastach Tajlandii przekazują w ciągu roku rodzinom na wsi. Dodatkowo kilkadziesiąt milionów napływa od kobiet zatrudnionych za granicą.

4,6 mln tajskich mężczyzn korzysta regularnie z usług prostytutek.
800 tys. dolarów zapłacił w 1994 r. rząd Tajlandii prywatnej firmie PR, by zmieniła wizerunek Tajlandii jako kraju dla seksturystów. Szef tej firmy w wywiadzie prasowym próbował tłumaczyć, że „obcokrajowcy często mylnie interpretują tradycyjną gościnność tajskich dziewcząt”.

500 tys. obcokrajowców rocznie korzysta z usług seksualnych w Tajlandii. Co roku odwiedza ją ok. 10 mln turystów, 60 proc. to mężczyźni.

300 tys. kobiet zajmuje się w Tajlandii prostytucją według Międzynarodowej Organizacji Pracy. Bardziej śmiałe szacunki podają, że jest ich milion. Według władz – tylko 64 tys.

O 90 proc. spadła w latach dziewięćdziesiątych liczba zarażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową. Użycie prezerwatyw w sektorze usług seksualnych wzrosło z 14 do 95 proc. Mimo to 750 tys. tajskich obywateli jest zarażonych wirusem HIV.


Fragmenty autentycznych listów do tajskich prostytutek

zebrane w książce „Hello, My Big Big Honey!” przez Richarda S. Ehrliha i Dave’a Walkera. Wyd. Last Gasp of San Francisco, 2000

Halo, kochanie
To znowu ja, kocham i tęsknię jak zwykle. Cudownie było słyszeć twój głos przez telefon w piątek wieczorem, zadzwonię za tydzień o tej samej porze. Proszę, napisz do mnie kilka słów. Niech twoja nauczycielka pomoże ci w pisaniu, przywiozę jej prezent następnym razem. Chciałbym wiedzieć, co do mnie czujesz.

Do hotelu Siam Beach Resort
Proszę powiedzieć tej dziewczynie, że musi już wrócić do Bangkoku. Chcę być sam przez ostatnie dni mojego pobytu tutaj. Powiedzcie, że jest wspaniała i że ją kocham. Wyślę jej z Danii czek na 100-200 dol. Może kupić sobie prezent albo co tylko chce. Ona nie mówi po angielsku.

Kochanie
Mam ci do przekazania ważną wiadomość, więc postaraj się zrozumieć ten list. Idź do tłumacza, jeśli sobie nie poradzisz. Ważne: Byłem dzisiaj u doktora sprawdzić, czy nie złapałem w Tajlandii żadnej choroby. Wyjaśniłem, że kochałem się z tobą wiele razy. Choć nie zauważyłem niczego paskudnego na moim penisie, doktor powiedział, że mogę mieć drobną infekcję i dał mi antybiotyk, ale mówił, żebym się nie martwił. Nic mnie nie boli. Powiedziałem mu, że nie nie używałem kondomu, a on, że to było bardzo głupie z mojej i z twojej strony. Proszę, kochanie, zawsze używaj kondomu, kiedy jesteś z klientem. Idź do lekarza, powiedz mu wszystko, co ci napisałem, niech sprawdzi, czy nie masz jakiejś choroby. Byłbym bardzo smutny, gdyby coś ci się stało. Uważaj na siebie. Do zobaczenia wkrótce. Mnóstwo całusów.

Kochana
Muszę ci szczerze wyjaśnić, dlaczego nie mogłem cię wpuścić do pokoju tej ostatniej nocy w Bangkoku. Kiedy przyszłaś się ze mną spotkać i pocałować na pożegnanie, myślałem, że żegnasz się na zawsze i że z nami już skończone. Płakałem, czułem się bardzo źle. Byłem taki samotny. Jedyną osobą, z którą mogłem porozmawiać, była ta druga dziewczyna. Zadzwoniłem do niej i ona zaoferowała, że ze mną porozmawia i mnie uspokoi. Ona wie, że kocham ciebie. Spała w moim łóżku, ale nie uprawialiśmy miłości. Ona jest moją przyjaciółką. Więc kiedy przyszłaś, nie chciałem, żebyś wiedziała, że ona jest u mnie, bo pomyślałabyś, że jestem niewierny. Przebacz mi, proszę. Nie wyrzucaj prezentów, które ci dałem. Wkrótce wracam, zrobiłem już rezerwację do Bangkoku. Chciałbym, żebyś wyszła po mnie na lotnisko.

Halo, najdroższa
Dwa dni temu dostałem twoje dwa listy, strasznie się ucieszyłem. Byłem nieco zaszokowany. Mówisz, że policja złapała cię w hotelu podczas pracy, ale nie zrozumiałem, czy zamknęli cię na trzy dni w więzieniu, czy nie, i czy musiałaś zapłacić 5 tys. bahtów, czy nie? Napisz mi o tym. Czy dostałaś pieniądze, które ci posłałem? Wkrótce mój przyjaciel przywiezie ci więcej pieniędzy, poprosiłem go o to. Martwię się o ciebie.

Kochana
Pieniądze za grudzień.
I jeszcze na zęby.
Ściskam

Robert Stefanicki

„Gazeta Wyborcza” (Wysokie Obcasy), 8.03.2003

error: Content is protected !!