Nawrócenie despoty? Jak rozumieć zaskakującą ofertę Kim Dżong Una

Spotkanie Kima z Trumpem byłoby wydarzeniem historycznym, ale czy przyniesie pokój? Eksperci studzą euforię.

Elektryzującą wiadomość podał szef biura bezpieczeństwa narodowego Korei Południowej Chung Eui-yong po spotkaniu w Białym Domu z prezydentem Donaldem Trumpem. Trzy dni wcześniej Chung był w Pjongjangu, gdzie widział się z Kim Dżong Unem. Za pośrednictwem południowokoreańskiego dyplomaty przywódca KRLD przekazał Trumpowi ofertę, która zaskoczyła obserwatorów.

Kim jest gotów spotkać się z Trumpem. Samo to nie jest nowością – ciekawsze jest to, że Trump ofertę przyjął. A przyjął ją dlatego, że Kim zadeklarował chęć „denuklearyzacji” i zapowiedział wstrzymanie wszelkich prób atomowych i rakietowych na czas negocjacji. Wyraził też zgodę na kontynuowanie w tym czasie wspólnych manewrów wojskowych Korei Południowej i USA.

Ten ostatni punkt jest chyba najbardziej zaskakujący. Rezygnacja z manewrów regularnie prowadzonych u granic Korei Północnej przez jej dwóch największych wrogów była dotychczas dla Pjongjangu stałym warunkiem jakiegokolwiek postępu. Kolejna runda ćwiczeń miała się odbyć w lutym, ale ze względu na zimowe igrzyska olimpijskie w Korei Południowej przełożono je na koniec marca. Tymczasem Kim Dżong Un wykorzystał olimpiadę do zbliżenia z Seulem. O ile 2017 r. był rokiem eskalacji napięcia, kolejnych testów nuklearnych i rakietowych Pjongjangu, wymachiwania bronią przez Kima i Trumpa oraz straszenia „guzikami” atomowymi, o tyle ten rok na razie stoi pod znakiem dialogu i uśmiechów. Wielu ekspertów przewidywało, że skończy się to wraz ze wznowieniem manewrów, kiedy Korea Północna odpowie na nie, jak dotąd miała w zwyczaju, nowymi testami swojej broni.

Nagle Kim rozbroił tę minę. Widać, że tym razem mierzy wyżej niż doraźny zysk polityczny z pokazania swojej „twardości” i zirytowania Trumpa. Po raz pierwszy wystosował ofertę, którą trudno odrzucić: „Chcecie, żebyśmy pozbyli się broni atomowej? Dobrze, możemy o tym rozmawiać”.

Nie było wcześniej sygnałów, że może posunąć się tak daleko. Pod koniec lutego do kadr Koreańskiej Partii Robotnicznej trafił okólnik, w którym władze zapewniają, że KRLD nigdy nie zrezygnuje z broni nuklearnej i nie pójdzie na kompromis z siłami, które nie uznają prawa tego kraju do jej posiadania. Stoi tam wyraźnie, że rząd nie ma woli nawiązania dialogu z USA ani z Koreą Południową. A celem wysłania delegacji wysokiego szczebla na igrzyska do Korei Płd. jest m.in. wywołanie u sąsiada wewnętrznego konfliktu.

Pytanie, na które nie znamy odpowiedzi, brzmi: kogo oszukuje Kim Dżong Un? Swoich ziomków, zapewniając że nic się nie zmieniło? Czy też mami świat, udając wolę dialogu?

Odwiedzającej go delegacji z Seulu Kim Dżong Un powiedział (to wiadomo od środy), że jest gotowy dyskutować z Amerykanami o przyszłości swojego programu atomowego. I że broń nuklearna nie będzie mu potrzebna, jeśli militarne zagrożenie dla jego kraju zostanie wyeliminowane (czyli, jak można się domyślić, kiedy wojska USA opuszczą Półwysep Koreański). Ustalono, iż w kwietniu dojdzie do spotkania przywódców obu Korei na granicy. Ponadto ich biura ma połączyć „gorąca linia” telefoniczna.

Prezydent Korei Południowej powiedział, że wiadomości przywiezione przez jego ludzi z Pjongjangu „były jak cud”.

 – Powinniśmy unikać przesadnego optymizmu – zastrzegł Moon Jae-in na spotkaniu z przywódcami opozycji. – Ale też unikać podejścia „to się nigdy nie uda” albo „on na pewno nas nabiera”.

Do spotkania Kima z Trumpem miałoby dojść w maju, nie wiadomo jeszcze gdzie. Byłoby to pierwsze w historii spotkanie urzędujących przywódców obu krajów.

Trump skomentował wydarzenie na Twitterze: „Wysłannikom z Korei Południowej Kim Dżong Un mówił o denuklearyzacji, a nie tylko o zamrożeniu [programu nuklearnego]. I nie będzie w tym czasie żadnych testów Korei Północnej. To wielki postęp, ale sankcje pozostaną w mocy do czasu osiągnięcia porozumienia. Będzie spotkanie!”.

BBC zwraca uwagę, że sposób ogłoszenia tak ważniej wiadomości był przedziwny. Informację o planowanym spotkaniu przywódców KRLD i USA przekazał wysłannik Korei Południowej, przemawiając do reporterów na trawniku, a potem na ulicy przed Białym Domem. Nie towarzyszył mu żaden przedstawiciel amerykańskiej administracji.

 Może była to dyplomatyczna niezręczność, a może oznaka świadomego zdystansowania Waszyngtonu. Albo przejaw słabości „koreańskiego odcinka” dyplomacji Trumpa. Człowiek odpowiedzialny za negocjacje z Koreą Północną właśnie odszedł na emeryturę. Amerykańskie media zwracają uwagę, że w Departamencie Stanu nie ma właściwie nikogo z doświadczeniem w rozmowach z Koreańczykami z Północy. USA nie mają nawet ambasadora w Seulu. Suzanne DiMaggio z New America Foundation powiedziała portalowi „The Atlantic”, że nie jest pewna, czy Stany Zjednoczone mają zdolność do zaangażowania się w poważne negocjacje z Koreą Płn.

Czy jest szansa na zawarcie pokoju z Kim Dżong Unem? Komentatorzy są dalecy od euforii. Po pierwsze, na razie wszystko opiera się na słowach, i to przekazywanych przez pośrednika – łatwo im w dowolnej chwili zaprzeczyć, uznać za przejęzyczenie. Po drugie, Kim nie powiedział, że jest gotów zrezygnować z broni nuklearnej, tylko że może o tym rozmawiać. A Amerykanów same rozmowy nie zadowolą.

„Doświadczenie wskazuje, że uzasadniony jest duży sceptycyzm” – pisze „The Economist”. „W przeszłości Korea Północna wykorzystywała rozmowy nuklearne do wytargowania ustępstw i pieniędzy w zamian za obietnice, które łamała. Kim, który odziedziczył tron po swoich równie despotycznych przodkach, mógł odziedziczyć również ich dwulicowość”.

Przyczyną, dla której Kim zdecydował się na takie śmiałe posunięcie, są zapewne międzynarodowe sankcje, które coraz mocniej wpływają na gospodarkę KRLD. Pjongjang na wiele sposobów je omija, mimo to muszą być one bolesne. Jako że motorem sankcji były Stany Zjednoczone, Trump będzie przedstawiał ustępstwo Kima, jako efekt skuteczności swojej „kampanii nacisków” – to z pewnością istotny powód, dla którego się zgodził na spotkanie z nim.

Możliwe, że celem dyplomatycznego gambitu Kim Dżong Una jest skruszenie jednolitego frontu państw opowiadających się za sankcjami przeciwko KRLD. Dość prawdopodobny scenariusz jest taki, że Korea Północna zaangażuje się w negocjacje, ale nie zgodzi się na rezygnację z broni atomowej, która jest dla niej gwarancją bezpieczeństwa. To jednak wystarczy Moskwie i Pekinowi, sojusznikom Pjongjangu, by zażądać poluzowania sankcji.

Jeśli jednak ta gra może doprowadzić do zmniejszenia napięcia i groźby wojny na Półwyspie Koreańskim, to jest warta świeczki.

Robert Stefanicki,

Gazeta Wyborcza, 9 marca 2018

error: Content is protected !!