Nowy wspaniały Tybet

Przez wieki najważniejszą liczbą Tybetu było 108 – tyle tomów liczy pismo święte buddyzmu. Dziś jest nią 110 – numer telefonu policji.

Nie poznałem Lhasy. W ciągu siedmiu lat, jakie minęły od mojej ostatniej wizyty, przemieniła się w nowe miasto. Znajomy Tybetańczyk Lobsang mówi, że w Lhasie żyje dziesięć razy więcej ludzi niż przed dekadą, co wydaje się przesadą, ale pokazuje subiektywne odczucie rodowitego mieszkańca stolicy przytłoczonego gwałtownym rozwojem i napływem obcych.

Na oko jedyne miejsce, gdzie rdzenna ludność jest w większości, to starówka, zwana zresztą „dzielnicą tybetańską” (wyobraźmy sobie okupowaną Warszawę z „dzielnicą polską” w obrębie Starego Miasta). Już w 1997 r. tybetolog Robert Barnett notował, że dzielnica tybetańska skurczyła się o połowę i wygląda jak „kropla atramentu na mapie metropolii”, która od czasu chińskiej inwazji z 1951 r. powiększyła swoją powierzchnię siedemnastokrotnie.

Żołnierzyki w klatkach

Nim tam dojdziemy, trzeba minąć rzędy chińskich warsztatów, chińskich restauracji, chińskich sklepików z mydłem i powidłem stojących wzdłuż ulic: nowych, równo wyasfaltowanych, z działającą sygnalizacją, pomalowanymi barierkami i posterunkami policyjnymi przy każdym skrzyżowaniu. Oraz setki chińskich flag z plastiku zastygłych w wiecznym łopocie przymocowanych do przydrożnych latarni.

Im bliżej centrum, tym bardziej elegancko. Małe biznesy z żelaznymi żaluzjami ustępują poważniejszym, ze szklanymi witrynami. Wszechobecne parę lat temu burdeliki pod szyldem zakładów fryzjerskich przesunięto na dalekie przedmieścia. Dominują pachnące świeżym cementem domy towarowe, biurowce, gmachy ministerstw, hotele. Większość ma lustrzane fronty z niebieskiego szkła – to najmłodsza mania architektoniczna w Lhasie. Coraz więcej powstaje budynków niekonwencjonalnych – tu w kształcie piramidy, tam z mosiężnymi posągami greckich wojowników pod arkadami.

Ogromne połacie Lhasy zostały zaanektowane pod bazy wojskowe i kompleksy rządowe. Każda taka enklawa łączy się ze strefą publiczną szerokim portalem udekorowanym parą żołnierzyków wyprężonych niczym jońskie kolumny; trudno nie współczuć tym dyżurnym nieszczęśnikom, których opakowano w mundury i wstawiono do szklanych klatek, skazując na całodzienne grillowanie w ostrym słońcu.

Lhasa leży w dolinie, wzięta w kleszcze dwóch górskich pasm. Ogrom nowego miasta widać dopiero wtedy, gdy przejedzie się je całe. Zabudowania zdają się nie mieć końca, dopiero po jakichś 20 km od centrum place budów i monumentalne gmachy rządowe zaczynają się przeplatać z polami i szklarniami. Kilka lat temu wszystko to były tereny uprawne. Rolnicy są wywłaszczani za odszkodowaniem, ziemię przejmują chińscy inwestorzy i spekulanci, ceny gruntów dawno przekroczyły poziom dostępny dla Tybetańczyków i szybują coraz wyżej. Lobsangowi rozwój Lhasy się nie podoba: – Stawiają coraz wyższe bloki, nie widać nieba. To nienaturalne. Kiedyś wychodziliśmy przed dom, żeby się ogrzać w porannym słońcu. Teraz trzeba iść daleko.

Plastikowe kokosy na ul. Ludowej

Do serca starówki, placu Barkhor, wiedzie ulica Turkusowego Mostu, Juthok Lam, przemianowana przez komunistów na Ludową. W 1965 roku była to pierwsza oficjalnie uznana ulica handlowa Lhasy. Po obu jej stronach stoją gęsto upchane domy towarowe opatrzone neonami i billboardami reklamowymi. Żeby było bardziej światowo, wzdłuż Ludowej posadzono plastikowe palmy, przy których ta z warszawskiego ronda de Gaulle’a wygląda bujnie i zdrowo. Spod rachitycznych liści zwisa im kiść kokosów w niepokojąco seledynowym kolorze.

Rozległy plac Barkhor na początku lat 80. zastąpił ciasne szeregi domów, które mijało się po drodze do Dżokhangu, najważniejszej świątyni Tybetu. Nie zobaczymy już, jak „piękne kobiety paradują w najnowszych toaletach i flirtują z młodymi wielmożami” ani jak „miejscowe piękności lekkich obyczajów znajdują tu to, czego szukają”, o czym w „Siedmiu latach w Tybecie” pisał Heinrich Harrer, jeden z dwóch Austriaków, który na początku lat 40. znaleźli schronienie w niemal niedostępnej dla obcokrajowców Lhasie. Są inne atrakcje. Na przykład sześciometrowej wysokości kwietna ozdoba to pamiątka po zakończonym dwa tygodnie wcześniej święcie Szoton, zwanym też festiwalem jogurtowym. Od XVI wieku chodziło w nim o to, że mnisi zamykają się na miesiąc w swoich kwaterach, by uniknąć zadeptania jakiegoś stworzonka, a gdy okres odosobnienia dobiega końca, rodziny idą do nich z jogurtem, po czym odbywa się huczna impreza z punktem kulminacyjnym w postaci opery.

W obecnych realiach festiwal jogurtowy stracił sens, odosobnienie mnichów w Lhasie trwa bowiem na okrągło, choć dobro owadów nie ma z tym nic wspólnego. „Mnisi są ostrożni i unikają chodzenia po ulicach w zakonnych szatach” – pisze czołowa pisarka tybetańska Oser. „Na starówce i w okolicach Dżokhangu ciągle widzi się policjantów bez powodu legitymujących i spisujących duchownych albo ubranych po tybetańsku młodych ludzi. Wysocy lamowie starają się nie wychodzić i praktycznie żyją jak w klauzurze. Rinpoczowie [honorowy tytuł szanowanego nauczyciela] omijają Lhasę szerokim łukiem i przenoszą się do Chin właściwych”. Mimo to o festiwalu jogurtowym było w tym roku głośno jak nigdy wcześniej. Lobsang się krzywi, że Chińczycy zrobili z tego komercyjne święto mające przyciągnąć turystów.

Zapalniczka?

Na plac przed Dżokhangiem nie wejdziemy ot, tak sobie. To najbardziej newralgiczny punkt Lhasy – kiedykolwiek wybuchały zamieszki, tutaj było ich serce, tu lała się krew. W tym też miejscu w maju 2012 r. zdarzyły się jedyne jak dotąd dwa samospalenia w stolicy. Wkrótce potem pobliskie ulice zagrodzono „kontrolą bezpieczeństwa”. Wygląda to tak jak na lotniskach: piesi przechodzą przez bramki do wykrywania metalu, ich bagaże suną na taśmociągu do prześwietlenia. Ponadto wszyscy są filmowani.

Chodząc po Lhasie, nosiłem w plecaku scyzoryk. Ochrony to nie interesuje, pyta tylko o jedno: „Zapalniczka?”. Za taśmociągami leżą kuwety ze skonfiskowanymi zapalniczkami. Nie mam pojęcia, jak je wykrywają, bo jednorazówki z plastiku nie piszczą, sam przeniosłem jedną kilka razy, na domiar złego był to egzemplarz zakupiony w indyjskiej Dharamsali, gdzie mieszka Dalajlama. Pewnie zabierają tym, którzy się przyznają. Na bramce przy parku Ludowym oprócz zapalniczek spostrzegłem też kilka butelek wódki. Nie wiem, czy skonfiskowano je w ramach walki o trzeźwość, czy z samospaleniami.

Wszyscy mają opuścić domy

Spodziewam się zobaczyć całkiem nowe stare miasto. Kilka miesięcy wcześniej rozeszły się wieści o wielkiej przebudowie starówki, którą przy okazji przemianowano na „starożytne miasto Barkhor”. Jak zwykle konkurują ze sobą dwie różne narracje. Oser: „Serce starego miasta, aleja wokół Dżokhangu, zostanie całkowicie wymiecione, a straganiarze przeniesieni do nowo budowanego centrum handlowego. Wszyscy mieszkańcy ulicy mają opuścić swoje domy i przenieść się do okręgu Tolung Deczen; ci, którzy się pospieszą, mogą liczyć na zapomogi w wysokości od 20 do 30 tys. juanów. Odmowa wyprowadzki będzie traktowana jako » problem polityczny «. Puste domy i dziedzińce zostaną sprzedane deweloperom, którzy najpewniej zrobią z nich sklepy, restauracje, bary i galerie. Inne uliczki i alejki, jak choćby prześwit przed świątynią Ramocze, mają zmienić się w duże place. Mieszkańców okolicznych domów także przeflancuje się na przedmieścia”.

Państwowa CNTV podkreśla co innego: „Projekt renowacji starej dzielnicy obejmuje kanalizację, sieć elektryczną, system ochrony przeciwpożarowej i ocieplenie budynków. Co najważniejsze, nie wolno przy tym zniszczyć oryginalnego stylu architektonicznego”.

Remont dobiegł już końca. Ujednolicone fasady Barkhoru lśnią wapienną bielą. Cała starówka została upstrzona latarniami wątpliwej urody, złożonymi z biało-złotych bębnów mających przypominać młynki modlitewne. Na parterach domostw przy głównej alei ulokowano butiki. Udało się uniknąć ostentacji i dużych okien wystawowych, ze ścian usunięto wielkie krzykliwe szyldy, zastępując je mniejszymi.

Tybetańskie lampki i chińskie pupy

Przeglądam zdjęcia tych samych ulic zrobione w poprzedniej dekadzie. Różnice nie są duże. Przed przebudową domy na Barkhorze były bardziej zróżnicowane – niektórym starczy wiek wybrzuszył ściany, deszcz porobił zacieki, tu i ówdzie okna pordzewiały, kraty się wygięły, balkoniki wsparto na drewnianych kijach, zawieszone u gzymsów firanki utraciły biel. Miało to swój urok, czuło się oddech historii, w końcu nie tak odległej, kiedy ulicami Lhasy sunęły obok siebie potoki nieczystości i religijne procesje. Jednak generalnie Barkhor po remoncie wygląda lepiej. Trzeba pamiętać, że większość zabytkowych budynków została zburzona już wcześniej. Miejsca po upadłych rezydencjach arystokratów zwykle zapełniano konstrukcjami z betonu, które za sprawą ostatniej przebudowy musiały ustąpić gmachom z kamiennymi fasadami albo przynajmniej dostały porządny lifting. Modernizacja instalacji była niezbędna. Domy popadały w ruinę, nie miały kanalizacji i coraz bardziej przypominały slumsy.

Lhasa przeżywa traumę modernizacji jak wiele miast na świecie, gdzie stare ustępuje nowemu przy sprzeciwie części mieszkańców. Tu problemem nie jest przebudowa, tylko to, że nie decydują o niej Tybetańczycy. Wprawdzie rządzący przed 1959 r. dalajlamowie i arystokraci też nie podejmowali decyzji w drodze referendum, ale ich lud nie uważał za najeźdźców.

Kilka staroci przebudowa oszczędziła: kadzielnica przed Dżokhangiem dymi jak dawniej, ostały się wielkie maszty zwycięstwa okutane zwojami kolorowych flag modlitewnych, w piwniczce przed katedrą dymią tysiące lampek obsługiwanych przez usmolonych kościelnych w maseczkach chirurgicznych na twarzach. Frontową ścianę Dżokhangu okrywają czarne kotary z sierści jaka, a na dachu złota gazela wyciąga głowę w stronę chińskiej flagi. Wierni biją pokłony na wyślizganych kamieniach, zwróceni twarzami ku najświętszej figurze, Dżoło. Dwie młode Chinki, zdjąwszy trampki, też próbują tej tybetańskiej akrobacji, dzielnie wypinając opięte wąskimi spódniczkami pupy.

Szukają zdjęć Dalajlamy

Odwieczne rytualne okrążanie Dżokhangu przez pielgrzymów wydaje się elementem kosmicznego porządku jak ruch planet wokół słońca. Tym razem ludzi jest mniej i wydają się mniej barwni niż kiedyś, to znak, że tutejszy kosmos podlega prawom ziemskim. Zauważyłem tylko jednego cudaka odzianego we włosiennicę i spiczasty kapelusz. Po Barkhorze chodzą głównie miejscowi.

Lhasa od wieków była dla buddystów celem pielgrzymek takim jak Mekka dla muzułmanów. Teraz, żeby Tybetańczyk mógł tam wjechać, musi wpierw zebrać pięć różnych kwitów od władz rozmaitego szczebla. Niepewni politycznie ich nie dostaną. Odpływ pielgrzymów zubaża mieszkańców. – Nie ma przyjezdnych, ustał ruch w interesie. Ale nawet pustego sklepu nie wolno zamknąć, choćby po to, żeby pójść do świątyni, bo władze grożą, że go odbiorą – opowiadała mi w indyjskiej Dharamsali Łangczuk, która właśnie wyemigrowała z Lhasy. – Najgorsze było to, że nie czułam się wolna – wyjaśniała. – Wciąż przeszukują mieszkania. Komando wpada w nocy, patrzą w ołtarzyk, czy nie ma zdjęć Dalajlamy. Ja swoje chowałam za belką pod sufitem. Ludzie mają dosyć. Siedzą jak w klatkach. Wszędzie są kamery, nie docierają niezależne wiadomości. Nawet krewni przestają sobie ufać. Moja koleżanka opowiedziała o demonstracji tylko przyjaciółce i następnego dnia została zabrana na przesłuchanie.

Z ulic zniknęli żebracy – żebranie tak jak prostytucja nie licuje z nowoczesnym miastem. Nie ma też śpiewaków mani lama opowiadających cudowne historie o świętych, którzy życie poświęcili walce z demonami.

Na podwórkach swojska bieda

Na Barkhorze już za pierwszym zakrętem czeka niespodzianka. Tromsikhang, jeden z najstarszych budynków, przeszedł kolejną transformację: teraz mieści się w nim muzeum ambanów, cesarskich wysłanników. To w tych murach w 1751 r. dwaj z nich zostali zlinczowani w zemście za zabicie tybetańskiego ministra. Po upadku dynastii Qing tybetański rząd wybił się na niezależność i pozbył się ambanów, a w Tromsikhang mieściła się m.in. rezydencja władców Bhutanu. Pod rządami komunistów potężne domostwo podzielono na mieszkania, a w 1997 r. zburzono jego wnętrza i dziedzińce, wznosząc za starą fasadą największy w Tybecie dom towarowy. Teraz Tromsikhangowi przywrócono oryginalny, jak można sądzić, wygląd.

Po drugiej stronie ulicy w jednym z ostatnich zachowanych domów mieści się świątynia Mani Lakhang. Przez masywne drzwi przewijają się tłumy wiernych z różańcami w dłoniach, pchany rękami pielgrzymów wielki młyn modlitewny nie zatrzymuje się ani na chwilę. Świątynię można obejść, by zagłębić się w labirynt wewnętrznych wąskich uliczek. I tam fasady są w większości odnowione, pobielone, a nawet opatrzone nowymi tabliczkami z historycznymi nazwami budynków. Nad bramami wejściowymi przybito inne tabliczki, ze zdjęciem i numerem telefonu dzielnicowego.

Kiedy zajrzeć w podwórza – stara, swojska bieda. Krzywe schody, balkony trzymające się ścian już tylko siłą przyzwyczajenia, futryny z resztkami odłażącej farby, wszędzie sterty zardzewiałego złomu, desek i dętek. Modernizacja jeszcze nie dotarła w głąb starówki, gdzie nie zaglądają turyści, ale pewnie i na to przyjdzie czas.

Gałki oczne Wielkiego Brata

Na starym mieście brakuje dobrych i niedrogich restauracji. Wyjątkiem jest Makye Ame. Tylko tam stoi się w kolejce, kelnerzy wydają numerki i upychają nieznajomych przy jednym stoliku. Karmią dobrze, ale wychodzę zniesmaczony walką o miejsce i chińskimi turystami sterczącymi mi nad głową w oczekiwaniu, aż zwolnię krzesło. Zresztą nie przyszedłem tam jeść. Z ostatniego piętra Makye Ame rozciąga się panorama na południową część Barkhoru. Widać stąd posiadłości należące niegdyś do ważnych ministrów obecnego XIV Dalajlamy, a właściwie zabudowane imitacjami miejsca po nich.

Po prawej dom Caronga, który uciekł z Dalajlamą do Indii, ale pięć lat później, nie mogąc znieść życia na wygnaniu, wrócił do Lhasy, gdzie został natychmiast uwięziony i zmarł po torturach, najpewniej popełniwszy samobójstwo. Na wprost mieszkał Surkhang, ostatni premier Tybetu, który po ucieczce w 1959 r. osiedlił się w Stanach Zjednoczonych. Jego dom zniszczono w 1993 r., by postawić dom towarowy Surkhang.

Zanim runda po Barkhorze wejdzie na ostatnią prostą, trzeba jeszcze minąć dom jednego z wiceministrów, Samdrup Podrang. W jego rogu ulokowano posterunek policji. Z niespieszną determinacją mija go właśnie dwójka pielgrzymów poruszających się pokłonami, obdarowywana przez przechodniów jednojuanowymi banknotami. Główny komisariat mieścił się dawniej jakieś 50 pokłonów dalej, w nieistniejącym już domu rodziny Doring, ale spłonął 1 października 1987 r., gdy Tybetańczycy próbowali odbić mnichów zatrzymanych za niepodległościowe demonstracje. To ważna data w historii Tybetu, wyznaczająca definitywny koniec odwilży zapoczątkowanej osiem lat wcześniej przez sekretarza generalnego KPCh Hu Yaobanga.

Po zduszeniu powstania nowy główny posterunek policji umieszczono u wejścia na plac Barkhor, choć dziś nie ma to większego znaczenia, skoro komisariaty są dosłownie na każdym rogu. Dawniej najważniejszą liczbą Tybetu było 108 – tyle ksiąg ma Kandżur, tyle jest zjawisk rozpraszających umysł, tyle paciorków ma tybetański różaniec. Obecnie złotą liczbą jest 110 – numer telefonu policji wyeksponowany na błyskających niebieskim światłem neonach wieńczących nowe, schludne komisariaty o szklanych ścianach. Tam, gdzie jeszcze nie zdążono ich pobudować, zamontowano prowizoryczne biedaposterunki: pałatka plus krzesło, na którym drzemie tybetański policjant. Wszystkie na wyposażeniu mają gaśnice oraz chwytaki ludzi, w rzędach oparte o ściany. To proste urządzenie: aluminiowy drąg uwieńczony obręczą zamykaną spustem na rączce. Podobnych, tylko mniejszych, używają hycle do łapania psów.

Umundurowane patrole prawie zniknęły ze starówki. Nie są potrzebne, skoro z dowolnego punktu do najbliższego posterunku jest nie dalej niż 100 m, a każdy zakamarek jest okamerowany i obserwowany z dachów. Przed przyjazdem usłyszałem, że w Lhasie jest więcej kamer niż okien – przesada, ale niewielka. Białe gałki oczne Wielkiego Brata wiszą na co drugiej latarni. Dla zabawy spróbowałem znaleźć miejsce, z którego nie jestem jawnie obserwowany – da się, ale nie na głównym deptaku, trzeba w tym celu wejść w wąskie wewnętrzne uliczki.

Praktyczne posterunki policji

Na ulicach sporo tajniaków, którym czasem coś zaskrzeczy spod marynarki lub goreteksowej kurtki – bo ostatnio wywiadowcy namiętnie przebierają się za turystów. Nie widziałem patroli z gaśnicami na plecach, jakie przemierzały ulice w szczytowym okresie samospaleń w 2011 r. Nowością są trójki kobiet w ciemnych garsonkach, z czerwonymi opaskami i identyfikatorami informującymi, że pilnują bezpieczeństwa.

Owe panie to część systemu inwigilacji nazwanego wangge, czyli „sieć”. Zarzucenie sieci obwieszczono w lutym 2013 r. przy okazji publikacji dorocznego „planu pracy” w Tybecie. Yu Zhengsheng, nowy przewodniczący Ogólnochińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej, zapowiedział wówczas objęcie specjalnym monitoringiem „grup krytycznych”: byłych więźniów, mnichów i mniszek niemieszkających w klasztorach, duchownych wydalonych ze świątyń, Tybetańczyków, którzy przebywali na wychodźstwie, zwłaszcza w Indiach, oraz uczestników protestów politycznych.

Do sieci ma wejść 600 całodobowych, nowoczesnych, wyposażonych w komputery i kamery „praktycznych posterunków policji”, które będą legitymować, przeprowadzać wyrywkowe rewizje i spisywać ludzi oraz pojazdy w newralgicznych punktach miasta. Jej uzupełnieniem są ochotnicze „patrole z czerwonymi opaskami”. W Chinach właściwych „czerwone opaski” pomagają na przykład przechodzić przez ruchliwe ulice, jednak w Tybecie zlecono im poważniejsze zadania, jak prowadzenie rewizji w poszukiwaniu materiałów związanych z Dalajlamą. Yu stwierdził, że nowy system będzie „sieciami na niebie i pułapkami na ziemi”, choć formalnie służyć miał „poprawie dostępu do podstawowych usług” oraz „skutecznemu zarządzaniu i zwiększaniu uczestnictwa w harmonijnym społeczeństwie”.

Wszystko jest względne. W sondażu CNTV na najszczęśliwsze miasto Chin co roku (z wyjątkiem 2008, kiedy wybuchł tam ostatni masowy bunt) wygrywała Lhasa. Uzasadnienie: mieszkańcy Lhasy mają najwięcej wolnego czasu pożytkowanego głównie na oglądanie telewizji i surfowanie w internecie.

Robert Stefanicki
Gazeta Wyborcza, Duży Format, 26.06.2014
error: Content is protected !!