Śmierć pachniała jabłkami

Piętnaście lat temu, 16 marca 1988 roku, wojska Saddama Husajna zaatakowały gazami bojowymi miasto Halabdża w północnym Iraku, zabijając pięć tysięcy Kurdów. Od czasu Holocaustu był to pierwszy – i jak dotąd jedyny – przypadek użycia broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej na taką skalę

Coś było nie tak. W powietrzu śmigały irackie samoloty, grzmiała artyleria, pociski spadały na ziemię i… nic. Brzdęk metalu o beton i żadnej eksplozji, jedynie złowroga cisza. Hadżiemu Mustafie przemknęło przez głowę, że to niewybuchy. Ale tak wszystkie, jeden po drugim? Był to już kolejny nalot tego dnia i jak dotąd wszystkie bomby wybuchały.

Wróble spadały jak kamienie

Od rana armia spuszczała napalm. Domy, ulice, hektary kamienistego gruntu stawały w płomieniach, jak gdyby nastał Dzień Sądu, a kiedy dotknąć poparzonego ciała, to i na dłoni natychmiast pojawiały się bolesne bąble. Ludzie albo chowali się w piwnicach, albo uciekali w góry, ryzykując wejście na minę. Przez osiem lat wojny iracko-irańskiej na pograniczu zakopano ich miliony.

W przerwie po porannym bombardowaniu Hadżi Mustafa z żoną, trzema synami i synową wyruszył w kierunku miasta Sulejmania oddalonego o 65 km. Na drodze spotkali zrozpaczonego chłopca, który ostrzegał: – Nie idźcie tam! Bagdad zabija wszystkich. Było nas sześciu w rodzinie, teraz jestem sam!

Zawrócili więc. Tuż po południu znowu zaczęły spadać bomby i ludzie popędzili do piwnic. Gdy przestało grzmieć, Hadżi wychynął ze schronu. – Zobaczyłem na niebie wojskowy helikopter. Nie zrzucał bomb, nie strzelał. Przeleciał – Hadżi wskazuje łańcuch ośnieżonych gór wyznaczających granicę z Iranem – w tamtą stronę i stanął w miejscu.

Żołnierze w helikopterze zachowywali się podejrzanie – robili zdjęcia, filmowali, a na koniec wyrzucili kawałki papieru, które rozfrunęły się niczym motyle. Sprawdzali siłę i kierunek wiatru. O 14.30 zaczął się nowy ostrzał, ten bezgłośny. W powietrzu rozniósł się zapach jabłek, potem czosnku. Martwe wróble spadały z nieba jak kamienie.

Razem z rodziną Hadżiego w piwnicy siedziało sześcioro sąsiadów. Spanikowani, nie wiedzieli, co robić. Niektórzy rzucili się do drzwi, ale zawrócili, nie mając odwagi wyjść. Zaraz mogło się rozpocząć nowe bombardowanie, a tu na dole wydawało się tak bezpiecznie, ciepło, spokojnie… Mijały minuty, a może godziny. Synowa Hadżiego próbowała uszczelnić szpary w drzwiach mokrymi ręcznikami.

Kiedy jeden z sąsiadów oślepł, Hadżi zrozumiał, że do piwnicy sączy się śmierć, że trzeba uciekać. Wyszli na zewnątrz. Zmierzchało. W mieście nie było światła, bo poprzedniego dnia ostrzał uszkodził siłownię. Trupy leżały na ulicach pokotem, pokryte bąblami, ze śladami krwi na ustach. Kierowcy zwisali bezwładnie na kierownicach samochodów. Niemowlęta ssały piersi nieżywych matek. Ludzie śmiali się albo wymiotowali. Oślepieni krzyczeli: „Nic nie widzę! Nic nie widzę!” i po omacku szukali drogi ucieczki, potykając się o leżące zwłoki, pośród których walały się spalone ścierwa kóz i psów.

Ci, którzy mieli siłę, ruszyli w kierunku Iranu. Wiatr im sprzyjał, spychając śmiercionośną chmurę w przeciwnym kierunku. – Ten zapach. Nie wiedziałem, czy otacza nas to paskudztwo, czy tylko śmierdzi przesiąknięte ubranie – Hadżiemu drży głos oraz ręka wsparta na lasce, a po policzkach spływają łzy. – Ludzie – opowiada – padali po drodze jak muchy. Rodzice porzucali martwe dzieci na poboczu i szli dalej, z obłędem w oczach. Jakiś chłopiec jechał na rowerze, nagle stanął, rozejrzał się nieprzytomnie, rozebrał do naga i upadł w drgawkach na ziemię.

Najwięcej szczęścia mieli ci, którzy postanowili przeczekać ranne bombardowanie na wzgórzach poza miastem, jak Dżamal Mohammed. Miał wówczas 21 lat. – Patrzyliśmy z góry na piekło. Gęsty dym unosił się trzy metry nad ziemią. Nie było po co wracać. Ruszyliśmy w stronę irańskiej granicy – opowiadał mi w Arbil, dokąd wyprowadził się kilka lat temu. Czy ludzie wiedzieli, że to chemikalia? – Tak, i nie byliśmy zaskoczeni. Po Saddamie można się tego było spodziewać. Zabijanie Kurdów trwało od zeszłego roku. Pobliską wioskę Bamok żołnierze zrównali z ziemią, a każdego, kto nie należał do partii Baas, zastrzelili i pogrzebali w zbiorowej mogile. Broni chemicznej użyli wcześniej w dwóch wioskach, przeciw peszmergom – mówi Dżamal. (Peszmergowie to żołnierze kurdyjscy, ich nazwa znaczy „ci, co patrzą śmierci w oczy”).

Następnego popołudnia do wiosek, gdzie zgromadzili się uchodźcy z Halabdży, przybyły irańskie helikoptery. Lekarze z Czerwonego Półksiężyca aplikowali rannym atropinę, najciężej chorych przewieziono do szpitali w Teheranie i Kermanszah. – Irańczycy zgromadzili nas w budynku szkoły. Dali nowe ubrania, nasze zabrali i spalili – opowiada Hadżi. Część uchodźców trafiła do obozów, gdzie czekali na możliwość powrotu. Tyle że nie było dokąd wracać. Irackie wojsko wysadziło w powietrze i zrównało z ziemią większość budynków w Halabdży, zniszczono też instalacje elektryczne. Podobny los spotkał pobliskie miasto Sajed Sadek.

Irańczycy zaprosili zagranicznych dziennikarzy, by nagłośnili tragedię. Potworne zdjęcia obiegły świat. Funkcjonariusze partii Baas stwierdzili, że atak to robota Iranu.

Miasto-mogiła

Zazwyczaj pomniki przedstawiają narodowych bohaterów w pozach pełnych godności, triumfalnych, bo nawet jeśli za życia przegrali swoją walkę, to prowadzili ją w słusznej sprawie. Monument stojący przy wjeździe do Halabdży jest inny – tak jak inne jest całe miasto. Kamienna postać leży na ziemi i zasłania ciałem dwójkę małych dzieci; pomnik wzorowano na zdjęciu człowieka, który zginął, próbując osłonić swoich synów bliźniaków.

Halabdża leży w części Iraku od 1991 r. rządzonej autonomicznie przez Kurdów, chronionej przez amerykańskie i brytyjskie lotnictwo. Na pierwszy rzut oka nie różni się od innych kurdyjskich miasteczek. Parterowa zabudowa, wzdłuż głównej ulicy małe sklepiki. Może tylko trochę zbyt pusto i cicho – jak w wiosce, a nie w 50-tysięcznym mieście. Tuż obok, w górach, kilka lat temu zagnieździli się powiązani z al Kaidą fundamentaliści islamscy i władze wprowadziły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Obcemu nie wolno tu przebywać bez zezwolenia. Na pytanie, czy w Halabdży jest hotel, usłyszałem: „Skąd, tam się nikt nie zatrzymuje”. Przed atakiem w mieście mieszkało prawie 80 tys. ludzi, dziś o jedną trzecią mniej. – Po tragedii nie wszyscy wrócili, a kto ma pieniądze, to stąd ucieka – tłumaczy doktor Fajad Bakhtiar, młody ordynator miejscowego szpitala. – Populacja nie może się odbudować w naturalny sposób ze względu na powszechną bezpłodność, częste poronienia, wady płodów i wysoką śmiertelność noworodków. To efekt opóźnionego działania toksyn.

W szpitalu w Sulejmanii spotkałem się z doktorem Fuadem Babanem, który urodził się i wychował w Halabdży, a po ataku jako jeden z nielicznych badał skutki użycia broni chemicznej. – Przed 1988 rokiem to miasto tętniło życiem – opowiada dr Baban. – Odbywały się spektakle teatralne, mieszkali tam pisarze. W każdy piątek wszyscy mieszkańcy szli na wielki plac na przedmieściach i grali w różne gry. Dla elity z Sulejmanii w dobrym tonie było wybrać się na weekend do Halabdży i spędzić noc w miejscowym klubie. Teraz ludzie inaczej się zachowują, mają inny charakter. Czują się opuszczeni, zdradzeni, zostawieni bez pomocy.
W północnej części Halabdży jest dzielnica nazywana żydowską, choć ostatni Żydzi wyjechali stąd w latach 50. ubiegłego wieku. Mijam resztki dawnej synagogi, gdzie zginęło 80 osób.

Cmentarz ma słuszne rozmiary. Pojedyncze groby, od zwykłych ledwo rozpoznawalnych wzgórków przykrytych polnym kamieniem po minigrobowce okolone metalowym płotkiem z zawijastymi inskrypcjami. I mogiły zbiorowe. Ziemia otoczona murem i informacja, że w tym miejscu zginęło tyle a tyle ludzi. Poza pasącymi się krowami na cmentarzu ani żywej duszy. Pada deszcz.

– Wróciliśmy miesiąc później, pochować zmarłych – wspomina Dżamal Mohammed. – Trzeba było to robić w rękawiczkach i maskach. Kiedy dotknęło się trupa gołymi rękami, na skórze pojawiały się palące plamy. Ciała wrzucaliśmy do dołów i paliliśmy.

Dżamal, dziś pracownik kurdyjskiej służby bezpieczeństwa, pochował 58 członków rodziny. Jego matka straciła wzrok w jednym oku, siostra czasem potrzebuje aparatu tlenowego, by oddychać. Hadżi, dziś biedak bez zajęcia, stracił 18 krewnych; jego żona 19. Abdullah Ahmad Raszid, sprzedawca warzyw na rynku – 15. Doktor Bakhtiar – 95. Z wyjątkiem Hadżiego, który płacze, mieszkańcy Halabdży podają te liczby beznamiętnie, jak numer mieszkania.

Holocaust, Kambodża, Ruanda, Bośnia… Zawsze na usta ciśnie się pytanie: „dlaczego?” Co powoduje człowiekiem, że z całą świadomością zabija lub każe zabijać bezbronne istoty? Odpowiedź nigdy nie jest wyczerpująca. Rację ma dr Baban, mówiąc: – Wytłumaczenia należy szukać w chorym umyśle Saddama Husajna. Z militarnego punktu widzenia do tego ataku nie było żadnych przesłanek.

Próbując mimo wszystko choć po części zrozumieć przyczyny zagazowania ludności Halabdży, zdarzenie to trzeba analizować w dwóch kontekstach – wojny iracko-irańskiej oraz kampanii Anfal, czyli planowych czystek etnicznych prowadzonych przez reżim w Bagdadzie przeciw swoim Kurdom.

Kurdowie to 25-milionowy naród rozrzucony w granicach Turcji, Syrii, Iranu, Iraku – i zgodnie przez rządy tych państw dyskryminowany. Ich nadzieje na własne państwo nigdy się nie ziściły, poszczególne grupy starały się więc, z marnym na ogół skutkiem, wynegocjować lub wywalczyć autonomię. Kurdowie iraccy, którzy stanowią niecałe 20 proc. ludności tego kraju, też prowadzili takie rozmowy. W 1974 r. Bagdad wydzielił nawet kurdyjski region autonomiczny, jednak składał się on tylko z trzech prowincji – Arbil, Dohuk i Sulejmania – była to ledwie połowa terytorium zamieszkanego przez Kurdów w północnym Iraku, bez terenów zasobnych w ropę. (Obecnie te trzy prowincje tworzą samorządny Kurdystan). Na pozostałych ziemiach kurdyjskich Irak rozpoczął kampanię arabizacji.

Kurdyjska Partia Demokratyczna (KDP) pod wodzą Mustafy Barzaniego ze wsparciem Iranu i CIA wywołała wówczas powstanie przeciw Bagdadowi. Jednak w 1975 r. sojusznicy zdradzili Kurdów – pod naciskiem Waszyngtonu Teheran i Bagdad zawarły porozumienie, a bojownicy KDP musieli uciekać do Iranu. Za karę armia iracka wysiedliła tysiące wiosek klanu Barzanich i przeniosła ich mieszkańców do specjalnych obozów. Po wybuchu wojny z Iranem w 1980 r. syn Mustafy Masud Barzani ponownie sprzymierzył się z Teheranem. W odwecie iracki reżim kazał uwięzić 8 tys. mężczyzn z klanu Barzanich powyżej 12. roku życia. Ślad po nich zaginął – najpewniej po kilkumiesięcznym uwięzieniu zostali zabici. Brak protestów ze strony ONZ i zachodnich rządów, do których Kurdowie zwracali się o pomoc, zachęcił Bagdad do kolejnych takich akcji.

Chemiczny Ali

Kampania Anfal formalnie trwała między 23 lutego a 6 września 1988 roku, a faktycznie w latach 1987-89. Nazwę zaczerpnięto od tytułu rozdziału Koranu, który – według fundamentalistycznej interpretacji – usprawiedliwia walkę z niewiernymi. Można przypuszczać, że Saddam Husajn chciał złamać morale buntowników, by przestali dążyć do niepodległości, zlikwidować problem kurdyjski tak, jak naziści likwidowali problem żydowski, a także poprzez wysiedlenia i morderstwa Kurdów połączone z arabizacją ich ziem uczynić z Iraku kraj w jeszcze większym stopniu arabski, który mógłby – co sobie Saddam wymarzył – w przyszłości objąć przywództwo w mitycznym świecie panarabskiej jedności.

Na czele kampanii stanął Ali Hassan al Madżid, kuzyn Saddama i szef biura partii Baas na północny Irak, znany także jako „Chemiczny Ali” albo „Ali Anfal”. Na swoim terenie otrzymał on uprawnienia równe prezydenckim. Wojsko, aparat bezpieczeństwa i wywiad miały pod jego dowództwem „rozwiązać problem kurdyjski i zlikwidować sabotażystów”. W ręce obrońców praw człowieka dostała się taśma z nagraniem tego, co al Madżid na zebraniu partii Baas mówił o Kurdach: „Zabijemy ich bronią chemiczną! I kto nas powstrzyma? Społeczność międzynarodowa? Pieprzyć ich!”.

Anfal to zbiorowe egzekucje i „znikanie” nierzadko wszystkich mieszkańców wiosek. Szacuje się, że podczas kampanii zginęło sto tysięcy Kurdów. Z ziemią zrównano 4 tys. osad. Niszczono całą infrastrukturę, w tym szkoły, meczety, studnie. Raport Human Rights Watch uznaje, że irackie zbrodnie przeciw Kurdom wypełniają definicję ludobójstwa: „Działanie z zamiarem zniszczenia, w całości lub w części, grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej”.

Raul Hilberg w swym dziele o historii Holocaustu pisze, że proces niszczenia rozproszonej grupy przebiega trzystopniowo:
– zdefiniowanie
– skoncentrowanie (lub pojmanie)
– unicestwienie.

Ludobójstwo dokonane na Kurdach idealnie wpisuje się w ten wzór. „Chemiczny Ali” rozpoczął od definicji. Służby bezpieczeństwa typowały wioski, w których działali peszmergowie – automatycznie uznawano je za „tereny zakazane”, a wszystkich ich mieszkańców za „sabotażystów”. Sabotażystom oraz ich najbliższym krewnym groziła śmierć i przepadek majątku. Jeden z rozkazów poleca „prowadzić bombardowania w dzień i w nocy tak, by zabić jak największą liczbę mieszkańców zakazanych wiosek”. Inny mówi, że „wszyscy schwytani powinni zostać uwięzieni, przesłuchani, a ci między 15. a 70. rokiem życia po wydobyciu z nich ważnych informacji zgładzeni”.

Kat czuje się dobrze

Po raz pierwszy Bagdad użył broni chemicznej przeciw własnej ludności 15 kwietnia 1987 r. w ataku na biuro KDP w Zewa Szkan oraz kwatery Patriotycznej Unii Kurdystanu w wioskach Sergalu i Bergalu. Następnego dnia zagazowano cywilów w dwóch innych wioskach – zginęło ponad sto osób, głównie kobiet i dzieci. Wiele ofiar uprowadzono następnie ze szpitala w Arbil, gdzie leczyli się z poparzeń i ślepoty. Porwanych nikt więcej nie widział. Rodziny zaginionych nadal wierzą, że ich synowie i mężowie żyją gdzieś w irackich więzieniach.

Kolejna faza Anfalu to niszczenie wiosek. Osady równano z ziemią, a mieszkańców osadzano w obozach. Sporządzano akta rodzin „sabotażystów” i po kolei ich wyłapywano. Machina biurokratyczna pracowała pełną parą. Jej celem nie było jednak ustalenie winy lub niewinności człowieka, ale tego, czy zalicza się do zdefiniowanej grupy, tzn. czy jest Kurdem mieszkającym na terenach „zakazanych” bądź jego krewnym.

Metody ludobójstwa były te same co w hitlerowskich Niemczech: grupy więźniów ustawiano w szeregu przed plutonem egzekucyjnym, a po zastrzeleniu zaciągano do wspólnych mogił; albo na odwrót: najpierw wrzucano do dołów, a następnie masakrowano ogniem z karabinów maszynowych; lub też ustawiano na krawędzi dołu i strzelano w plecy, by sami spadli do grobu. Spychacze zasypywały mogiły.
Irak nie próbował ukryć zbrodni. Przeciwnie, każdy sukces propaganda nagłaśniała z takimi samymi fanfarami jak zwycięstwa na froncie wojny z Iranem.
We wrześniu 1988 r. Bagdad ogłosił amnestię. Większość kobiet, dzieci i starców została zwolniona z więzień i przeniesiona do obozów. Ale mężczyźni zniknęli. Zlokalizowano kilka masowych grobów, reszta poczeka na odkrycie co najmniej do czasu upadku reżimu Saddama Husajna. Amnestia nie zakończyła antykurdyjskiej kampanii – aresztowania i egzekucje wciąż trwały.

„Chemiczny Ali” wykonał zadanie i prezydent przeniósł go na inne ważne stanowiska – gubernatora okupowanego Kuwejtu, a w 1993 r. ministra obrony. Kat czuje się bezpiecznie. Kilka miesięcy temu, gdy nad Irakiem zaczęły gromadzić się wojenne chmury, al Madżid odbył propagandowe tournee po krajach arabskich – udzielał na prawo i lewo wywiadów, zapewniając, że Irak nie posiada broni masowego rażenia, a Amerykanom chodzi o ropę.

Absurdalną biurokratyczną logikę ludobójstwa dobrze ilustruje fakt, że o ile uciekinierzy z „wywrotowych” wiosek byli – zgodnie z rozkazem – wyłapywani i osadzani w obozach, a następnie zabijani, o tyle uchodźców z Halabdży nie zatrzymywano. Dlaczego? Irak nie uważał tego akurat ataku za część Anfalu z banalnego powodu – Halabdża była miastem, a Anfal był skierowany przeciw ludności wiejskiej. Zagazowanie Halabdży miało stanowić odwet za współpracę Kurdów z Iranem.

Przygraniczna Halabdża leżała przy tamie na jeziorze, które dostarczało wodę do Bagdadu, miała zatem dla Iraku strategiczne znaczenie. Jednocześnie od prawie 30 lat miasto było ogniskiem podziemnego oporu Kurdów. Działali tu nacjonaliści z PUK, komuniści, socjaliści oraz proirańska Partia Ruchu Islamskiego. Kurdowie próbowali wykorzystać dla swoich celów wrogość między Bagdadem i Teheranem. Od połowy lat 80. PUK prowadziła samodzielną walkę z irackim reżimem, za co już w maju 1987 r. Irak zrównał z ziemią dwie dzielnice Halabdży. W 1988 r., gdy wojska Husajna oblegały kwaterę główną tej partii, PUK podjęła zgubną decyzję otwarcia drugiego frontu na spółkę z armią irańską – właśnie w Halabdży. Bagdad upewniał się, że wojna z Iranem i wojna z Kurdami to jedno i to samo.

13 marca Radio Teheran poinformowało o nowej ofensywie w regionie Halabdży, prowadzonej na spółkę z peszmergami – miał to być odwet za ostatnie irackie ataki chemiczne przeciw Kurdom. Irańscy żołnierze, którzy wcześniej pojawiali się pod osłoną nocy, teraz otwarcie paradowali po ulicach miasta w towarzystwie Kurdów. Tańczyli z radości wokół zajętych kwater irackiej służby bezpieczeństwa i wywiadu wojskowego, wznosząc okrzyki „Allah Akbar!”. Kazali kurdyjskim rodzinom przygotowywać sobie posiłki i pytali, jak daleko jest do świętych szyickich miast Karbala i Nadżaf.

Na iracki odwet nie trzeba było długo czekać. Masakra z 16 marca nie miała strategicznego znaczenia, bo zaatakowano północną część miasta, z dala od baz dowodzenia, i tak zresztą już opuszczonych. Była to zwykła zemsta.

Chemiczny atak na Halabdżę był największy, ale nieostatni. Według późniejszych badań trującym gazem na przestrzeni 17 miesięcy zaatakowano aż 280 kurdyjskich wiosek i miast. Zdaniem lekarzy na działanie broni chemicznej zostało wystawionych blisko 400 tys. ludzi, czyli 10 proc. populacji irackiego Kurdystanu.

Ofiar zapewne byłoby mniej, gdyby nie reakcja USA. W sierpniu 1988 r. senatorowie Claiborne Pell, Al Gore i Jesse Helms zaproponowali nałożenie na Bagdad surowych sankcji ekonomicznych za użycie broni chemicznej. Senat zatwierdził tzw. ustawę o zapobieganiu ludobójstwu już następnego dnia. Jednak administracja prezydenta Reagana uznawała Irak za strategicznego partnera w regionie oraz obiecujący rynek dla amerykańskich produktów i inwestycji. Waszyngton co roku zasilał Bagdad gwarancjami kredytowymi o wartości 700 mln dolarów. Białemu Domowi udało się doprowadzić do rozwodnienia, a w końcu odrzucenia ustawy. Kurdowie pamiętają, że lobbował za tym nie kto inny jak ówczesny prezydencki doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, a obecny sekretarz stanu Colin Powell oraz prominentny republikański kongresman Dick Cheney, dziś wiceprezydent.

Jak w Hiroszimie

Jest wysoce prawdopodobne, że iraccy naukowcy badali na Kurdach jak na białych myszkach skuteczność poszczególnych rodzajów broni chemicznej i środków jej przenoszenia. Chidhir Hamza, zbiegły z Bagdadu były dyrektor programu nuklearnego Iraku, potwierdził to w rozmowie z dziennikarzem tygodnika „New Yorker”: „Przed atakiem [na Halabdżę – red.] wojskowi doktorzy mierzyli miasto, a po ataku weszli w kombinezonach ochronnych, by badać rozrzut zwłok. Wypełniali formularze, jak daleko leżą ciała od pojemników po gazie”.

W Halabdży użyto mieszanki gazów – prawdopodobnie musztardowego, sarinu, tabunu i VX – które atakowały skórę, oczy, gardło, płuca, nos i usta. Irak nigdy nie ujawnił, jakich dokładnie środków użył, nie można więc ustalić okresów połowicznego rozpadu toksyn, a tym samym – jak długo jeszcze będą nękać populację. Na miejscu zginęło 5 tys. ludzi. Kolejne tysiące zmarły później, u wielu innych choroby związane z atakiem ujawniły się dopiero po miesiącach lub latach.

– Nigdy wcześniej nie użyto gazów bojowych w takiej ilości przeciwko cywilom – mówi doktor Baban. – Na frontach I wojny stosowano gaz musztardowy, potem Egipt atakował gazem Jemen, broń chemiczna była używana w Wietnamie, dochodziło też do wypadków przy produkcji chemikaliów, jak w indyjskim mieście Bhopal. W sumie wiedza na ten temat jest nikła. Dotychczas sądzono, że głównym efektem długofalowym jest rak płuc. Niestety, nasze badania wykazały, że konsekwencje są znacznie rozleglejsze i poważniejsze dla całego organizmu: mamy mutacje genetyczne, poronienia, choroby skórne, ślepotę i choroby oczu, raka okrężnicy oraz schorzenia płucne, jak astma czy bronchit. Wystąpiły uszkodzenia DNA, co oznacza, że choroby będą nękać kolejne pokolenia. Akt ludobójstwa wciąż trwa i nie wiadomo, kiedy się skończy.

Dziesięć lat po ataku, na spółkę z dr. Babanem, kompleksowe badania populacji Halabdży przeprowadziła – jako jedyny lekarz z Zachodu – dr Christine Gosden, genetyk z Liverpoolu. Gosden porównała częstość występowania chorób w Halabdży z analogiczną populacją jednego z pobliskich miast, które nie ucierpiało od broni chemicznej – okazało się, że w Halabdży choroby występują co najmniej trzy-cztery razy częściej. Rak atakuje osoby w młodszym wieku i częściej jest złośliwy, wyższa jest więc śmiertelność. Coraz więcej dzieci umiera na białaczkę. Mutacje genetyczne i zachorowalność na nowotwory jest taka sama jak wśród ludzi, którzy w 1945 r. mieszkali dwa kilometry od epicentrum wybuchów atomowych w Hiroszimie i Nagasaki.

I jeszcze jeden problem: choroby psychiczne. – Ci ludzie mieszkają w tym samym mieście, w tym samym domu, pamiętają sterty martwych ciał. Dostają manii, depresji, schizofrenii, psychozy – mówi dr Fajad Bakhtiar, ordynator szpitala w Halabdży. W jego szpitalu personel przyzwyczajony jest do wyjmowania kul po próbach samobójczych.

Strach i rozczarowanie

Kurdowie są rozczarowani obojętnością Zachodu na ich los. Wszyscy im współczują, ale nikt nie pomaga. – Brakuje wyposażenia, lekarstw, personelu – podsumowuje dr Bakhtiar. Dzieci w Halabdży umierają na wady serca, które na Zachodzie z sukcesem się operuje. Nie leczy się tu zajęczej wargi, rozszczepionego podniebienia ani innych częstych deformacji. – Prostsza chemioterapia jest dostępna w Sulejmanii, ale radioterapii nie ma w całym Kurdystanie – mówi dr Bakhtiar. – Niektórych chorych wysyłamy na leczenie do Bagdadu, jednak na to mogą sobie pozwolić tylko zamożni i ci bez „problemów politycznych”. Ciągle apelujemy o pomoc, o to, by móc wysyłać pacjentów na leczenie do Europy, ale bez skutku.

Christine Gosden nie rozumie, dlaczego Zachód nie prowadzi intensywnych badań na temat ataków w Kurdystanie. – Zbadanie długofalowych skutków działań broni chemicznej leży w naszym własnym interesie, zwłaszcza w obecnej sytuacji zagrożenia terroryzmem – mówi brytyjska genetyk. – Widziałam raka w Europie, ale tak wielkiego jak w Kurdystanie nie widziałam jeszcze nigdzie.

Dr Baban zwraca uwagę, że nikt nie zbadał poziomu skażenia Halabdży – nie wiadomo, czy ludzie nadal nie chodzą po zatrutej ziemi i nie jedzą zatrutego jedzenia. – Uczestniczyłem w kilku seminariach w Europie i Ameryce, próbowałem zainteresować świat tym, co się tu dzieje – dr Baban kręci głową. – To beznadziejne.

W założeniu Bagdadu pamięć o losie Halabdży miała utrzymywać Irakijczyków sterroryzowanych i posłusznych. W 1999 r. iraccy żołnierze w białych ochronnych kombinezonach otoczyli szyickie miasto Karbala w południowym Iraku, gdzie często dochodziło do antyrządowych powstań. Nic nie robili, tylko stali. Przesłanie było jasne: „Co zrobiliśmy w Halabdży, możemy zrobić i tu”.

Im bliższa wydaje się wojna, tym bardziej Kurdowie boją się, że tragedia rzeczywiście się powtórzy. Wszyscy powtarzają, że jeśli Saddam będzie miał niewiele czasu na kontruderzenie, to zaatakuje nie Izrael czy Kuwejt, ale Kurdów.
– Nie mamy masek przeciwgazowych, nie mamy niczego – mówi dr Bakhtiar. – Prowadzimy kampanię uświadamiającą: w wypadku ataku należy uciekać pod wiatr i wejść na wzniesienie, bo gaz jest cięższy od powietrza. To jedyne, co możemy zrobić.

Dr Baban uważa, że bardziej od masek i kombinezonów przydałyby się wskaźniki skażenia, środki odkażające i lekarstwa. – Amerykanie – marzy – powinni tu przysłać żołnierzy wyszkolonych w zwalczaniu zagrożenia chemicznego, jak ta jednostka z Czech, która pojechała do Kuwejtu. W końcu uśmiecha się gorzko: – Zachód chyba myśli, że po tylu latach obcowania z toksynami Kurdowie są już uodpornieni.

„Gazeta Wyborcza” (Świąteczna), 15-16.03.2003

error: Content is protected !!