Zabetonowani

Jeszcze niedawno świat z przejęciem analizował niezwykłą skuteczność japońskich metod zarządzania, produkcji i bankowości. Dziś nikt już nie zamierza budować drugiej Japonii. Nowotwór biurokracji i korupcja przeistoczyły ekonomiczny cud w katastrofę, która wykracza poza sferę gospodarki – w kryzys o wymiarze społecznym, ekologicznym i kulturowym

Droga do wsi Osaki na odległej japońskiej wyspie Tsushima wije się pod malowniczymi, porośniętymi lasem wzgórzami. Tuż pod rybacką osadą piękno natury ustępuje miejsca krajobrazowi industrialnemu – wprost z wód zatoki Aso wyrastają betonowe tarasy wielkości piłkarskich boisk. W pierwszej chwili trudno pojąć, dlaczego olbrzymim nakładem sił i kosztów w tym odludnym miejscu wyrwano ziemię morzu. Na betonie ma wkrótce powstać ośrodek dziennej opieki dla ludzi starszych oraz boisko do japońskiego krykieta. Wstępny (zazwyczaj zaniżony) koszt tej inwestycji to pięć milionów dolarów. W Osaki mieszkają tylko 282 osoby, ich liczba z roku na rok spada.

To problem całej Japonii – młodzi uciekają do miast, małe miejscowości stają się skansenami staruszków. Władze miasteczka Yokota w rejonie Izumo postanowiły zaradzić temu w dość osobliwy (choć typowy dla Japonii) sposób. Izumo znane jest z najstarszej japońskiej świątyni, upamiętniającej zwycięstwo bogów nad ośmiogłowym wężem Orochi, który według legendy pustoszył niegdyś okoliczne wzgórza i doliny. W najpiękniejszej z owych dolin władze Yokoty za fundusze z ministerstwa budownictwa kazały wybudować ogromną autostradę z ozdobionymi „oczami węża” tunelami, jaskrawymi mostami i betonowymi umocnieniami. W założeniu to monumentalne dzieło architektury drogowej miało przyćmić sławę świątyni Izumo, przyciągnąć rzesze turystów i stworzyć miejsca pracy dla lokalnych mieszkańców. Tak się nie stało – najwidoczniej turyści naoglądali się już dość fantazyjnych dróg i wybetonowanych wzgórz w innych częściach Japonii. Zatroskane władze Yokoty wynajęły więc firmę doradczą. Ta zaleciła położenie nacisku na naturę i historię: odbudowę zabytkowego dworca i rynku, ukrycie w ziemi zwisających wszędzie kabli i drutów oraz odrestaurowanie lokalnej świątyni, gdzie kapłan-hazardzista przegrał w madżonga wszystkie precjoza na rzecz miejscowych gangsterów. Te propozycje nie zyskały aprobaty władz – ich realizacja kosztowałyby… zbyt tanio. Przyznana z Tokio dotacja musi zostać wydana w całości, inaczej pieniądze przepadną. W Yokocie wzniesiono więc muzeum mieczy i sztuki płatnerstwa. Turystów jak nie było, tak nie ma.

Od szogunów do biurokracji

W 1994 roku Japonia, od paru już lat tkwiąc po uszy w recesji, wyprodukowała 91 milionów ton betonu – przeliczając to na powierzchnię kraju, trzydzieści razy więcej niż Stany Zjednoczone! Fascynacja betonem zahacza o surrealizm. Jedna z największych firm budowlanych – Shimizu – przedstawiła plany budowy hotelu i fabryki betonu… na Księżycu. „To trudne, ale możliwe – zapewniał kierownik projektu. – Im więcej betonu wyprodukujemy, tym bardziej będzie to opłacalne”. Po co jednak Japonii tyle betonu? Wyjaśnienie wykracza poza sferę budownictwa. Otóż beton odgrywa tu ogromną rolę – spaja cały system społeczno-ekonomiczny. Premier Noboru Takeshita rzekł niegdyś: „Polityka to drogi, a drogi to polityka”.

Betonowanie Japonii (dosłownie i w przenośni) to proces przypominający raczej narastanie rafy koralowej niż wybuch wulkanu. Rozpoczął się w roku 1868, kiedy to okręty komandora Perry’ego wymusiły otwarcie Kraju Kwitnącej Wiśni. Okres ten zwany jest (od imienia cesarza) restauracją Meiji. Japończycy w jedną noc porzucili tysiącletnie feudalne rządy szogunów i w ciągu 20 lat stworzyli nowoczesne państwo z wojskiem, parlamentem i biurokracją. Udało się im nie tylko doścignąć w wielu dziedzinach Zachód, ale i zbudować – jak się wkrótce okazało, na swoją zgubę – mocarstwo.

Po kapitulacji w 1945 r. nowy, rewolucyjny porządek zaprowadzał w Japonii amerykański administrator gen. Douglas MacArthur. To traktat pokojowy z San Francisco (1951 r.) i napisana przez MacArthura konstytucja położyły „betonowe” fundamenty powojennej Japonii. Tokio „po wsze czasy” wyrzekło się prawa do prowadzenia wojen i utrzymywania armii (Japonia ma tzw. Siły Samoobrony). Amerykanie wzięli na swoje barki zapewnienie bezpieczeństwa Japonii i pozostawili tu bazy wojskowe. Udzielili Tokio ogromnej pomocy materialnej. Fasada państwa Meiji – cesarz, dyktatura wojskowa, dominacja właścicieli ziemskich – została zastąpiona przez biurokratyczny kompleks przemysłowy.

Tylko nieliczni japońscy zbrodniarze wojenni zostali ukarani, a więziony do 1948 r. były minister zbrojeń Nobusuke Kishi wkrótce został premierem. Powojenną, ostentacyjnie pacyfistyczną Japonię budowali polityczni spadkobiercy militarystów z lat 40. Fakt ten miał również konsekwencje gospodarcze.

Do II wojny światowej japońska biurokracja musiała się liczyć z silną armią i kartelami przemysłowymi zaibatsu. Po kapitulacji armia przestała istnieć, oliwiące wojenną machinę zaibatsu zostały zdyskredytowane i osłabione. W rezultacie rządzący politycy otrzymali władzę absolutną; stworzyli system, w którym – mimo istnienia opozycji – mieli zapewnioną większość. W 1955 r. powstała Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP), która – z krótką tylko przerwą w roku 1993 – rządzi Japonią do dzisiaj. Politycy z LDP nie kwestionowali obecności amerykańskich żołnierzy na japońskiej ziemi, nie wahali się wynajmować gangsterów z yakuzy do ochrony wizyt polityków USA czy rozbijania nielicznych antyamerykańskich demonstracji. Przyzwalając na zbudowanie w Japonii „państwa LDP”, Amerykanie zyskiwali upragnioną stabilność.

W okresach upokorzenia i osłabienia mieszkańcy Japonii – to zjawisko znane psychologii – zwykli upajać się potęgą zwycięzców i zatracać swoją tożsamość. Z nastaniem ery Meiji furorę zrobiło hasło „modernizm”, w praktyce oznaczające upodabnianie Japonii do Zachodu za każdą cenę. Po wojnie Japończycy gwałtownie się amerykanizowali, pragnąc się stać tak „wspaniali” jak ci, którzy ich pokonali. Jednak w ostatecznym efekcie nie było to całkowite naśladownictwo. Każdą nową ideę Japonia najpierw wchłaniała i przeżuwała, by następnie wypluć, co nie przypadło jej do smaku, a zachować w zbiorowym organizmie cząstkę uznaną za pożyteczną.

Powojennym lejtmotywem stała się odbudowa gospodarki. Japończycy, karnie wychowani w wojskowej tradycji, szli na to jak na wojnę – bez słowa skargi przyjmowali to, że państwo buduje swą potęgę ich kosztem.

W 1960 r. premier Hayato Ikeda ogłosił plan „podwojenia produktu narodowego, pełnego zatrudnienia i podniesienia standardu życia”. Japonia przeżuła i wypluła – odrzuciła zachodnie metody zarządzania. Wybrała tradycyjny model odwołujący się do konfucjanizmu: patronalizm przedsiębiorcy wobec pracowników, zatrudnienie na całe życie, hierarchię starszeństwa i stażu, pracę w grupie i grupową odpowiedzialność. Zachodni obserwatorzy uznawali te cechy za źródło sukcesu Japonii. Jednak ekonomiczny nacjonalizm w parze z systemową korupcją prowadziły do dewiacji i upadku.

Zesłani z nieba

„Państwo LDP” nie było ani liberalne, ani demokratyczne. Biurokraci, politycy i przemysłowcy po cichu dzielili między siebie majątek i wpływy. Państwowe kontrakty trafiały do firm mających wsparcie polityczne LDP, zaprzyjaźnione banki udzielały kredytów, rząd tworzył biurokratyczne bariery przed graczami z zewnątrz – hamowano zwłaszcza konkurencję z zagranicy, potępianą jako „zagrożenie społecznej harmonii”.

Polityk pośredniczący przy załatwianiu kontraktu bierze od jednego do trzech procent jego wartości. Zyskuje i partyjna kasa. Skandale korupcyjne, które co jakiś czas przedostają się do mediów i powodują zmiany w rządzie, to ledwie czubek lodowej góry.

Japońska biurokracja reguluje niemal każdy aspekt życia, od cen cebuli do treści podręczników szkolnych, co nie znaczy, że robi to sprawnie. Prawo w Japonii jest dziurawe: brakuje regulacji chroniących środowisko, prawa konsumenta czy wierzyciela. Właściciel sklepu czeka trzy lata na wydanie licencji na sprzedaż alkoholu, podczas gdy uliczne automaty sprzedają go każdemu. Supermarket musi wystąpić o dwa oddzielne pozwolenia na sprzedaż hamburgerów i hot dogów, jeśli nie będą sprzedawane w tym samym stoisku. To wszystko podnosi ceny do absurdalnych poziomów.

Ważnym ogniwem w łańcuchu, jaki krępuje Japonię, są emerytowani urzędnicy rządowi, stawiani u schyłku kariery na czele państwowych agencji lub przedsiębiorstw – amakudari, czyli „zesłani z nieba”. Biurokraci z ministerstwa finansów zostają dyrektorami banków, ich koledzy z ministerstwa budownictwa – szefami firm budowlanych etc. Oficerowie policji nie palą się, by zbyt dokładnie kontrolować hazardowe salony gry pachinko, wiedząc, że w przyszłości mogą dostać jeden z takich dochodowych interesów w zarządzanie.

Obecny rząd reformatora Junichiro Koizumiego, obiecując uzdrowić japońską gospodarkę, na liście priorytetów umieścił prywatyzację Państwowej Spółki Autostrad (JHPC), która – z długiem w wysokości 20 bln jenów – jest jednym z najbardziej zadłużonych przedsiębiorstw państwowych. Bliższe przyjrzenie się funkcjonowaniu JHPC pozwala zrozumieć, jak Japonia weszła na drogę bankructwa.

Spółka ta dostaje co roku 4,4 bln jenów – w połowie z opłat (obłędnie wysokich) od kierowców, w połowie z budżetu. Dochodowe części działalności – parkingi, przydrożne bary, monopol na samochodowe telefony i radia – JHPC przekazała stworzonej przez siebie spółce zależnej o nazwie Stowarzyszenie Udogodnień Drogowych (HFA). Ta wykazuje roczny dochód w wysokości 73 mld jenów, z czego spółce-matce płaci zaledwie 10 proc. Resztę zgarniają prowadzący HFA „zesłani z nieba”. Dlaczego JHPC godzi się na taki wyzysk? Bo amakudari z HFA obdzielają intratnymi kontraktami (np. na prowadzenie parkingów) firmy prowadzone przez biurokratów ze swej spółki-matki oraz z ministerstw transportu i budownictwa.

Do roku 2021 JHPC chce zbudować 11 tys. km nowych autostrad. Wątpliwe, czy do tego dojdzie, bo rząd Koizumiego zamierza obciąć zadłużonej spółce część dotacji. JHPC ma zostać sprywatyzowana w ciągu, bagatela, 50 lat. Szacuje się, że do tego czasu jej dług może wzrosnąć trzykrotnie.

Spółki państwowe powszechnie zlecają wykonanie kontraktów prywatnym podwykonawcom, którzy w rzeczywistości są tylko pośrednikami pobierającymi potężny procent. Japońska Poczta powołała spółkę Japoński Transport Pocztowy, lecz ta nie kala się opróżnianiem skrzynek pocztowych – robi to wynajęta firma. Kontrakty na budowę urzędów pocztowych dostają tylko cztery przedsiębiorstwa, w zamian za co każde z nich zamawia materiały budowlane u jednego pośrednika kontrolowanego przez urzędników z ministerstwa poczty i telekomunikacji. Oto dlaczego japońskie opłaty pocztowe należą do najwyższych na świecie. Taniej jest wysłać listy hurtowo do Hongkongu i stamtąd pojedynczo rozsyłać do Japonii.

Państwo budowlane

Japończycy, „biedni ludzie w silnym państwie”, nie buntowali się przeciw drożyźnie i dyktaturze biurokracji. O ile pracowali od rana do nocy i robili tylko to, co reszta grupy, mieli poczucie bezpieczeństwa socjalnego oraz dumy z narodowych osiągnięć. Sprawnie żonglując subsydiami i licencjami, LDP kupowała swych wyborców – głównie rolników, właścicieli drobnego biznesu i pracowników wielkich przedsiębiorstw. „Beton” był walutą, jaką japońscy politycy płacili narodowi za milczenie. Nie chodziło tylko o miejsca pracy. Jeden z gubernatorów, uzasadniając budowę nikomu niepotrzebnej linii kolejowej, powiedział: „Rozwój infrastruktury jest potrzebny, by ludzie CZULI, że są bogaci”.

Japoński rynek budownictwa jest największy na świecie i tak potężny, że Japonia bywa nazywana „państwem budowlanym”. Jego podwaliny położył premier Kakuei Tanaka (1972-74) vel „Człowiek-Buldożer”, który jako pierwszy oparł funkcjonowanie LDP na wpływach czerpanych z masowych wydatków budżetowych. Tokio przeznacza na roboty publiczne 9 proc. PKB i ok. 40 proc. budżetu, nominalnie trzy do czterech razy więcej niż Stany Zjednoczone z ich 20-krotnie większym terytorium i ponad dwukrotnie liczniejszą populacją. Dziś Japonia jest najbardziej zadłużonym krajem świata, a rząd Koizumiego głowi się, jak zakręcić ten zardzewiały kran.

Początkowo pieniądze szły na sensowne projekty. Jednak pod koniec lat 80. nastąpił kres ekonomicznego perpetuum mobile – napędzana kredytami bez pokrycia gospodarcza bańka pękła. Ceny ziemi i nieruchomości spadły, banki przestały pożyczać, a konsumenci wydawać. Rząd przyjął keynesowską strategię ożywiania gospodarki wydatkami na roboty publiczne. Zaczęto budować drogi donikąd. – Do lat 90. wszystko, czego potrzebowaliśmy, było zrobione – mówi politolog Takayoshi Igarashi. – Dalej prace trwały już nie dla dobra ludzi, tylko jako element polityki gospodarczej.

W rytm hymnu śpiewanego co rano przez pracowników ministerstwa budownictwa: „Asfaltem pokryte góry i doliny… wspaniała utopia” Japończycy brukują koryta strumieni, betonują brzegi rzek i stoki wzgórz, niwelują góry. Już 60 proc. długiej linii brzegowej Japonii umocniono betonowymi kotwami mającymi zapobiegać erozji. Spośród 113 głównych rzek na 110 postawiono tamy lub zmieniono ich bieg. Wyspę Sikoku połączono trzecim już mostem z Honsiu, choć dwa pierwsze były mało wykorzystywane. Zabudowano największe japońskie mokradła w Zatoce Isahaya, niszcząc unikalną naturę i lokalny przemysł przerobu wodorostów. Tama na Hokkaido zatopiła święte miejsca aborygenów z ludu Ainu.

Japonia jest niezwykle odporna na zmiany i kocha ulegać obcym wpływom długo po tym, gdy zostały odrzucone w ich macierzystych krajach. Podczas gdy kraje zachodnie powoli odchodzą od ingerencji w naturę i próbują naprawić błędy przeszłości, Japonia wciąż kurczowo trzyma się modernizmu, jaki zalał Zachód w latach 50. i 60. W ubiegłej dekadzie w USA zburzono 70 dużych tam – tymczasem japońskie ministerstwo budownictwa planuje dodanie do istniejących 2,8 tys. tam pięciuset nowych. Komisja planowania ma wizję połączenia japońskich wysp nową siecią autostrad, linii kolejowych, tuneli i mostów, choć takie połączenia już istnieją. Rozważana jest propozycja rozbudowy Tokio na sztucznej wyspie o powierzchni 30 tys. ha. Klejnotem w koronie „państwa budowlanego” ma być całkiem nowa stolica. O jej lokalizację ubiega się osiem prefektur.

Rzodkiewka frunie do miasta

Najwięcej dotacji idzie na wieś, gdzie mieszka znacząca część wyborców LDP. Choć zawodowi rolnicy to zaledwie 5 proc. ludności kraju, ministerstwo rolnictwa dostaje aż jedną piątą budżetu na roboty publiczne. Na co idą te pieniądze? Ostatnio na budowę w wioskach… lotnisk. Za tym śmiałym pomysłem kryje się następująca logika: przyspieszenie transportu warzyw zwiększy produktywność, a co za tym idzie – zamożność rolników. Tak więc np. z lotniska w Kasaoce rzodkiewka frunie do odległego o kilkadziesiąt kilometrów miasta Okayama, choć dowiezienie jej lądem trwa tyle samo – za to kosztuje sześć razy taniej, nie wspominając o znacznie mniej pracochłonnym załadunku. To wcale nie transport płodów rolnych jest problemem japońskiej wsi – są nim sztucznie zawyżone ceny wszystkiego i brak rąk do pracy.

Dotacje z Tokio przyznawane są niezależnie od rzeczywistych potrzeb. Lokalne władze wiedzą, że pieniądze się im należą, muszą tylko wymyślić, na co je wydać. W latach 80. premier Noboru Takeshita przyznał każdej miejscowości jednorazowy prezent w wysokości stu milionów jenów. Podobno najlepszą inwestycję zrobiło miasteczko Tsuna – za całą sumę kupiło ważący 63 kg złoty samorodek, stając się atrakcją turystyczną.

Na co dzień wioski fundują sobie muzea, olimpijskie stadiony lub sale zebrań. Japonia ma blisko 2,5 tys. teatrów i sal koncertowych oraz ponad 3,5 tys. muzeów – to rekord świata. Stawianie między ryżowymi polami monumentalnych placówek kulturalnych nie ma w założeniu służyć rozwojowi kultury, lecz gospodarki. W praktyce nie służy ani jednemu, ani drugiemu. Teatry wypełniają najczęściej wycieczki z darmowymi biletami; muzea mają imponujące budynki, ale nędzne eksponaty. Miasteczko Ono musiało wypełnić muzealne sale kopiami dzieł sztuki, bo na oryginały zabrakło już funduszy. Postawiona w latach 80. nowoczesna sala koncertowa im. Jana Sebastiana Bacha w miasteczku Nakanita z braku miłośników twórczości kompozytora służy dziś konkursom karaoke i lekcjom pianina. Co gorsza, dotacje z Tokio pozwalają budować, ale nie pokrywają późniejszych kosztów utrzymania – a te nierzadko doprowadzają wioski na skraj bankructwa.

Alex Kerr w książce „Dogs and Demons”, gdzie szczegółowo opisuje mechanizm japońskiego marnotrawstwa, dowodzi, iż kryzys w Japonii nie ogranicza się do ekonomii – to również upadek społeczny, polityczny, ekologiczny i kulturowy. Podczas gdy Zachód kojarzył Japonię z pełnymi umiłowania natury wierszami haiku i harmonijnymi ogrodami, japońskie zafascynowanie modernizmem przyćmiło szacunek dla własnej natury i historii. Wbrew sentencji zen „Ware Tada Taru Shiru” (Wystarczy, znam granice) Japończycy poprawiają rzeczy niewymagające naprawy. Kilka lat temu mieszkańcy tokijskiego przedmieścia domagali się wycięcia drzew, które ich zdaniem zasłaniały światło słoneczne i znaki drogowe oraz „zanieczyszczały środowisko” liśćmi. Z kolei mieszkańcy Kioto – jak pisze Kerr – częściej skarżą się na kumkanie żab niż na hałas czyniony przez nacjonalistyczne organizacje, które z jeżdżących w kółko samochodów nadają propagandowe hasła i pieśni.

Gotowanie żaby

Kolejka podmiejska na linii Chuo dowożąca japońskich „salarymenów” (pracowników wielkich korporacji) z przedmieść do centrum Tokio przynajmniej raz dziennie niespodziewanie staje. Głos z głośnika oznajmia: „Wypadek na torach”. Pasażerowie nie budzą się z drzemki, nie podnoszą głów znad komiksów. Wiadomo: kolejny bezrobotny rzucił się pod pociąg.

Wskaźnik bezrobocia w Japonii zbliża się do sześciu procent – na warunki polskie wydaje się ono śmiesznie niskie, ale na japońskie jest niebywale wysokie. Recesja najboleśniej dotyka pracowników po pięćdziesiątce, to ich najchętniej „redukują” zadłużone firmy. Dla zwolnionych nie bieda jest największym problemem, ale upokorzenie – bez wizytówki człowiek jest nikim. Nie ma poczucia przydatności dla społeczeństwa, nie chce żyć. W 2000 r. w Japonii było 30 tys. samobójstw, dwa razy więcej niż ofiar wypadków drogowych i dwukrotnie więcej – w przeliczeniu na liczbę mieszkańców – niż w USA.

Japonia, którą w latach 80. Zachód stawiał sobie pod wieloma względami za przykład, zatrzymała się w rozwoju. Owszem, ma sukcesy: nadal liczy się na rynku motoryzacyjnym, sprzętu hi-fi i monitorów komputerowych; skonstruowała najlepszą na świecie superszybką kolej. Jednak wobec większości wyzwań XXI wieku Japonia zostaje w tyle za krajami Zachodu. Nie liczy się w produkcji oprogramowania komputerowego ani w medycynie, raczkuje w dziedzinie internetu, nie rozwinęła sektora usług – od finansowych po przemysł turystyczny. Od końca lat 80. kraj tkwi w gospodarczej stagnacji. Spośród wszystkich wskaźników ekonomicznych najbardziej przemawia do wyobraźni zadłużenie – dług publiczny Japonii przekracza 130 proc. jej PKB, a szacunki mówią, że do 2005 r. będzie to już produkt krajowy z dwóch lat – równy dziewięciu bilionom dolarów. Można się obawiać, że Kraj Kwitnącej Wiśni przechodzi podobną drogę jak w latach 30. XX wieku – początkowy sukces prowadzi do samozagłady.

Japonia długo nie dopuszczała myśli, że jest w kryzysie. To cecha kulturowa – tatemae, konieczność publicznego zachowania twarzy. „Jeśli jesteś przekonany, że kłamiesz dla dobra grupy, nie jest to kłamstwo” – wyjaśnia Kawai Hayao, doradca jednego z poprzednich rządów. Jeśli wszyscy się umówią, że banki nie są zadłużone, to nie są. Badania przeprowadzone wśród robotników w Tokio wykazały, że 99 proc. z nich nie ujawniłoby nieprawidłowości we własnej firmie. Tatemae jest poważną przeszkodą na drodze reform.

Dziś Japończycy są coraz bardziej świadomi problemów gospodarczych swego kraju. Jednak nie wydają się nimi zbyt przejęci – większość wciąż ma pracę lub wystarczające oszczędności. Kiedy zapomni się o złych wskaźnikach gospodarczych i smutnej statystyce samobójstw, można nie zauważyć, że Japonia jest w kryzysie. Życie toczy się jak zwykle – w sklepach, salonach pachinko i na dyskotekach tłumy.

Również budżet państwa wciąż dysponuje ogromnymi zapasami dewiz, nadal spore są wpływy z eksportu elektroniki. Japonia nie toczy się po schodach z hukiem – to raczej powolne schodzenie w dół.

Alex Kerr twierdzi, że tylko krach mógłby obudzić Japonię. Cytuje jednego z tokijskich finansistów, który porównuje Japonię do żaby: „Chcąc ugotować żabę, nie wolno wrzucać jej do wrzątku – oparzona wyskoczy i uratuje się. Należy włożyć ją do chłodnej wody i stopniowo podgrzewać. Zanim się zorientuje, będzie ugotowana”.

Koizumi, czyli samotność długodystansowca

Dopiero ostatnio Japończycy zaczynają manifestować swoje niezadowolenie z wszechwładzy biurokracji i jej „państwa budowlanego” – lokalne grupy obywatelskie protestują przeciw stawianiu kolejnych tam, do lokalnych władz wybierają kandydatów niezależnych. Niedawno mieszkańcy Shizuoki zebrali 270 tys. podpisów za referendum w sprawie budowy niechcianego lotniska. Nowy burmistrz Nagano, pisarz Yasuo Tanaka, zawetował plany postawienia dziewięciu nowych tam i w ramach polityki otwartości przeniósł swoje biuro do szklanego pomieszczenia na parterze.

Najwyraźniejszą oznaką tłumionego gdzieś w głębi duszy pragnienia zmiany jest duża popularność premiera Junichiro Koizumiego. To pod presją tej popularności beton z LDP – rzecz niesłychana! – zmiękł i zgodził się w kwietniu ub.r. postawić na czele rządu „ekscentryka”. Choć Koizumi jest wieloletnim politykiem LDP, nie tylko jego niejapońska bujna fryzura świadczy, iż nie należy on do partyjnej starej gwardii. „Przeprowadzę takie reformy, na jakie nikt jeszcze się nie odważył – deklaruje w przemówieniach. – Pomaszerujemy do lepszej przyszłości, ale nie obędzie się bez bólu”.

Ludzie kochają go za niespotykaną w japońskiej polityce szczerość. Od słowa do czynu droga jednak daleka. Koizumi obiecał uwolnić banki od nieściągalnych długów w trzy lata, stworzyć milion nowych miejsc pracy w pięć lat, zlikwidować 17 ze 163 państwowych firm przynoszących straty, a 45 tych świętych krów sprywatyzować. Mimo to ekonomiści są na ogół rozczarowani powolnym tempem reform. Wiele decyzji zostało odłożonych na później; dużo słychać o ogólnych planach, mało o konkretnych działaniach.

Zwolennicy Koizumiego porównują go do Margaret Thatcher, która wyprowadziła Wielką Brytanię z gospodarczego marazmu. Krytycy widzą raczej analogię z Michaiłem Gorbaczowem, który wprawdzie mówił słuszne rzeczy, ale nie zmusił państwowego aparatu do działania.

Konserwatywni politycy w Japonii – podobnie zresztą jak w komunistycznych Chinach – boją się, że jeśli pozwolą na zbyt szerokie reformy, cały system się zawali, a kraj utonie w anarchii. Wolą więc ograniczać się do drobnych „liberalizacji”, niż stawić czoło problemom strukturalnym. Ogłaszane co jakiś czas „reformy administracyjne” polegają głównie na zmianie nazw ministerstw. Biurokratyczny opór materii sprawia, że hasła reform ekonomicznych stają się zazwyczaj niezrealizowanymi obietnicami.

Gdy w 1983 r. do władzy doszła opozycja, zasiedziała biurokracja odmówiła współpracy z rządem Morihiro Hosokawy i po pół roku LDP znów objęła rządy. Podobnie dzieje się dzisiaj. Premier Koizumi ma szczery zapał do reform, ale w jego partii silna jest grupa polityków otwarcie im przeciwna. Dla nich Koizumi to wróg z opozycji. Biurokraci z MSZ zdołali już zmusić premiera do usunięcia zbyt reformatorskiej minister spraw zagranicznych, a twardogłowi z ministerstwa finansów blokują reformę podatków. Wprawdzie założenia przyszłorocznego budżetu obcinają wydatki (o 2,3 proc.), jednak rząd jest pod presją uruchomienia dodatkowych, pozabudżetowych funduszy. Konserwatyści z LDP wołają o więcej pieniędzy na roboty publiczne. Yoshihiko Miyauchi, szef zespołu doradców ekonomicznych Koizumiego, narzeka: – Mamy premiera, który mówi „czarne”, i ministrów, którzy mówią „białe”.

Japonia potrzebuje dziś trzeciej rewolucji – po restauracji Meiji i powojennym katharsis. Trudno jednak orzec, czy jest do niej zdolna. W odróżnieniu od lat 1868 i 1945 dziś żadne obce mocarstwo nie kieruje na Tokio dział, nie ma zewnętrznej presji na zmiany. Japonia musi poradzić sobie sama.

Korzystałem m.in. z: Alex Kerr „Dogs and Demons”, Hill and Wang 2001; Ian Buruma „The Japanese Malaise”, „New York Review of Books” 5.07.2001; George Wehrfitz & Hideko Takayama „Taking On The Machine”, „Newsweek” 10.11.2001; Jolanta Tubielewicz „Japonia zmienna czy niezmienna”, Trio 1998

Robert Stefanicki

„Gazeta Wyborcza” (Świąteczna), 9-10.02.2002

error: Content is protected !!