Życie po życiu Ferdinanda M.

To nieprawda, że uważam Marcosa za Boga – tłumaczy z cierpliwym uśmiechem filipiński ogrodnik Rodolfo Cabusao. – Marcos jest tylko świętym, mesjaszem wysłanym przez Chrystusa, by doprowadzić nas do nowej Jerozolimy.

Święty

Abra, północna prowincja największej filipińskiej wyspy Luzon. Krajobraz jak spod pędzla impresjonisty – na rozedrganych upałem łagodnych wzgórzach brąz traw przeplata się z zielenią karłowatych krzaków, a rzeka leniwie rozwija zakola w szerokiej dolinie wypełnionej kratkami pól.

– Zanim wyszłam za mąż, całą rodziną przychodziliśmy tu na piknik – uśmiecha się Anita. Siostrzenica Cabusao pogawędką stara się uprzyjemnić mi oczekiwanie na wuja, który pojechał na targ. Anita mówi, że widocznie hałas nie pozwala mu usłyszeć jej telepatycznych wezwań. Oglądam ogród orchidei – źródło utrzymania rodziny. Pośród orchidei Cabusao wzniósł skromny kościół, bambusową szopę krytą słomą. Na ołtarzu filipińskie flagi i portret Jose Rizala – największego filipińskiego bohatera narodowego, przywódcy powstania przeciw hiszpańskim kolonizatorom. Hiszpanie rozstrzelali go w roku 1896, a Filipiński Kościół Niezależny, powstały na fali nacjonalistycznej opozycji wobec wspierającego Hiszpanię Watykanu, wyniósł Rizala na ołtarze. Dziś rizalianie mają na Filipinach kilka milionów wiernych.

Przy wejściu do świątyni wisi obraz „Najświętsze Serce Jezusa”, jaki można znaleźć w wielu kościołach katolickich. Z drobną różnicą – tutaj człowiek wskazujący na swe pulsujące blaskiem serce ma rysy Ferdinanda Marcosa, filipińskiego dyktatora, którego dopiero ludowo-wojskowa rewolucja 1986 roku zdołała po dwóch dekadach oderwać od władzy. Marcos zmarł na wygnaniu w USA.

Podpis pod portretem głosi: „Filipińska Owieczka Świadek Boga”. – To bardzo kontrowersyjny obraz – przyznaje Cabusao. – Opisali go w prasie, potępił Kościół katolicki, byłem nawet przesłuchiwany przez władze. Myśleli, że uznaję Marcosa za Boga. A przecież to Rizal był drugim wcieleniem Chrystusa. Marcos to tylko narzędzie w jego rękach.

Cabusao, pięćdziesięciolatek z aparatem na zębach, wydaje się zawstydzony tą niespodziewaną popularnością. A wszystko przez to, że pewnego dnia miał wizję. Ukazał mu się Marcos i powiedział: „Cabusao, długo szukałeś nowej Jerozolimy, a ona jest tutaj” – i wskazał palcem na siebie. „Ty?” – wykrzyknął Cabusao. „Ale gazety twierdzą, że zabijałeś i kradłeś!”. „Czyżbyś zapomniał, czego uczyła cię matka? Słowo brzmi: Jerozolima” – powiedział Marcos. I zniknął.

Były krawiec z pomocą rodziny wzniósł kościół i przedzierzgnął się w kapłana. W ostatnią sobotę miesiąca setka wiernych zbiera się w świątyni, by z prawą ręką podniesioną do piersi wznosić modły do swych bohaterów.

Cytując Biblię, Cabusao próbuje mnie przekonać, że księga zapowiedziała przyjście Marcosa. Potem, że jego nazwisko ma ukryte znaczenie: MARCOS. to akronim od Madreperla Acaudillar Rex Cristi Omnipotenta Salvador, czyli „Matka Perła prowadzi Króla Chrystusa Wszechmocnego Zbawiciela”.

– To w końcu jak? – dopytuję. – Zabijał i kradł czy nie?
– Ludzie z jego otoczenia popełniali zbrodnie, ale on o nich nie wiedział. Był dobrym prezydentem, zbudował wiele dróg, mostów. Czytał pan to? – Cabusao wyciąga wymięty egzemplarz biografii „Marcos Filipin”, któremu w księgarniach należy się miejsce w dziale bajek.

Cabusao zapewnia, że z rodziną Marcosów nie utrzymuje kontaktów, nie bierze od nich pieniędzy, choć inne kościoły rizaliańskie takie związki mają. Jedno ze zdjęć na ścianie świątyni przedstawia wdowę po Marcosie Imeldę obok guru rizalian – stuletniej na oko staruszki, którą mój gospodarz nazywa „świętą dziewicą z gór”. – Następnego dnia po spotkaniu z Imeldą święta dziewica zmarła. Być może przekazała jej jakąś przepowiednię – mówi Cabusao.

Pytam, czy zna jakieś przepowiednie. – Marcos nie został pogrzebany. A Biblia mówi, że niepogrzebani powstaną. Niekoniecznie trzeba to rozumieć dosłownie, że powstanie to ciało. Ale siła Ferdinanda Marcosa może spłynąć na kogoś z jego rodziny.

Faraon

Na wszelki wypadek pojechałem sprawdzić, czy nie powstał. Batac, miasteczko w prowincji Illocos Norte, na samej północy Luzonu. Bastion Marcosa. Tu się urodził, stąd czerpał wierne kadry do obsadzenia państwowych stanowisk, tu hojnie inwestował państwowe fundusze. Gubernatorem prowincji jest dziś… Ferdinand Marcos vel „Bongbong”, syn eksprezydenta. Niepodobny do ojca, z twarzą cherubina i srebrną grzywką, ale równie kochany przez lud.

Trzeba przejechać obok szpitala im. Dony Josefy Eraldin Marcos (matki Ferdinanda) i zatrzymać się przy skrzyżowaniu ulicy Marcosa z aleją Marcosa. Tu, w klimatyzowanej krypcie, leży filipiński Lenin. Ale Batac to nie Moskwa. Nie ma kolejki pątników, nawet gdzieś się zapodział cieć z kluczami. Przerwa obiadowa.

Kiedy w 1989 roku obalony prezydent zmarł na Hawajach, Filipinami od trzech lat rządziła Corazon Aquino, wdowa po zamordowanym przywódcy opozycji. „Cory” zdawała sobie sprawę ze słabości swojej pozycji. Raz po raz musiała odpierać próby zamachów stanu przygotowywane przez grupki wiernych Marcosowi oficerów z błogosławieństwem i pieniędzmi upadłej Rodziny. Aquino nie zgodziła się na sprowadzenie ciała, bojąc się, że powrót Marcosa, nawet martwego, będzie sygnałem do puczu. Na wieść o jego śmierci poleciła jednak opuścić państwowe flagi i wysłała posłańca z kondolencjami, choć była pewna, że Marcos kazał zabić jej męża.

Siła zwolenników dyktatora, którzy nie załapali się razem z nim do samolotu na Hawaje, wciąż była ogromna. Marcos nie rządził w izolacji. Miał za sobą rzeszę ludzi, którzy zawdzięczali mu karierę i pieniądze. – To się nazywa „utang na loob” – opowiada mi były misjonarz od lat zasiedziały na Filipinach. – Jeśli ktoś zrobił ci przysługę, to masz bezwzględny obowiązek mu pomóc. Jeśli ktoś zaprasza cię na wesele czy chrzest, to tworzą się między wami więzy i któregoś dnia ten człowiek może zapukać do twoich drzwi i poprosić o pracę. Dlatego tu każdy ma kilkudziesięciu świadków ślubu i rodziców chrzestnych.

Marcos budował swój klan przez 37 lat – najpierw jako poseł i senator, potem prezydent. Demontaż tej struktury był niemożliwy. Zwłaszcza że współsprawcami Siły Ludu – jak zwano rewolucję, która obaliła Marcosa – byli jedni z najbliższych mu ludzi: minister obrony Juan Ponce Enrile i wiceszef sztabu Fidel Ramos, krewny Marcosa. Klan byłego dyktatora nie odsunął się od władzy i wpływów zbyt daleko. Jego duch nigdy nie opuścił Filipin.

W 1991 r. prezydent Aquino pozwoliła wrócić rodzinie Marcosa do kraju. Imelda natychmiast stanęła do wyborów prezydenckich, zdobyła 10 proc. głosów. Wygrał Fidel Ramos i zgodził się na sprowadzenie szczątków dyktatora, oczekujących na ten dzień w hawajskiej lodówce. Wprawdzie Ramos nie nadał uroczystości charakteru państwowego, ale wyznaczył czterech sekretarzy stanu do pomocy w jej przygotowaniu, a na sprowadzenie zwłok wysłał wiceprezydenta (dziś prezydenta) Josepha „Erapa” Estradę.

– Tak musiały wyglądać pogrzeby faraonów – wspomina taksówkarz Lari. Z lotniska trumna jechała na odkrytym konnym powozie, grała wojskowa orkiestra, a latarnie obwieszono starymi hasłami „Jeden naród, jeden duch”.

Prawdziwy pogrzeb nie odbył się do dzisiaj. Rodzina uznała, że jedyne miejsce, gdzie Marcos godzien jest spocząć, to Cmentarz Bohaterów w Manili. Kolejne rządy pod naciskiem opinii publicznej odmawiają mu tego przywileju. Marcosowie lamentują więc, że wielki prezydent nawet po śmierci nie ma spokoju, tacy jak Cabusao pielęgnują kult jednostki, czekając, aż „niepogrzebani powstaną”, a większość Filipińczyków najchętniej zobaczyłaby dyktatora metr pod ziemią z sercem przebitym osikowym kołkiem.

Koniec przerwy. Dozorca oblizuje resztki ryżu z wąsów i otwiera wrota. Krypta mała, zimna, ciemna. W podświetlonym akwarium, na tle filipińskiej flagi, leży sztywna postać w ciemnym garniturze. Wygląda jak manekin, jeden z tych, co w muzeum piętro wyżej prezentują zjedzone przez mole i czas, bliźniaczo podobne koszule prezydenta. Figura woskowa robiłaby bardziej ludzkie wrażenie. W końcu nie wiem – on czy nie on? Autentyk czy podróbka?

Szaman

Nawet wrogowie Marcosa przyznają, że był politycznym geniuszem. Wiedział, kogo kupić, komu obiecać, kogo postraszyć – a do tego miał niezbędny każdemu satrapie instynkt przetrwania i bezwzględność. Był mistrzem iluzji – sam stworzył swoją legendę. W jego oficjalnej biografii tylko data urodzin jest pewna – 11 września 1917 r. Twierdził, że podczas II wojny światowej dowodził oddziałem partyzanckim walczącym z Japończykami, uczynił się najbardziej odznaczonym żołnierzem w historii Filipin. Historycy udowodnili mu kłamstwo. Co naprawdę robił podczas wojny – nie wiadomo.

„Był szamanem – pisze Charles McDougald w książce „The Marcos File” – mistykiem pełnym wiary w swoją nadludzką moc i zdolność kontrolowania wydarzeń”.

Marcos miał obsesję bycia mistrzem w każdej dziedzinie – nie potrafił być zwykłym żołnierzem, musiał być supermanem; nie mógł być po prostu prezydentem, musiał stać się ojcem narodu, czczonym w kraju i podziwianym przez świat. Pozycja drugiego po Bogu nie zadowalała go, chciał być pierwszy.

A jednak Filipińczycy mieli dużo szczęścia – Marcos nie poszedł w ślady Mao czy Pol Pota. Po pierwsze, niełatwo rządzić twardą ręką ośmioma tysiącami wysp. Po drugie, kolonialna podległość Hiszpanii i USA wprawdzie nieodwracalnie zniszczyła starą filipińską kulturę, ale zaszczepiła w jej miejsce nową – mieszankę latynoskiego lenistwa z amerykańskim indywidualizmem. Taki naród nieskory jest na rozkaz położyć głowy pod topór.

Dyktator

Marcos bardzo wcześnie sformułował swój życiowy cel – zostać prezydentem Filipin – i konsekwentnie go realizował. W 1949 r. został posłem do niższej izby parlamentu, dziesięć lat później senatorem, potem przewodniczącym senatu. W 1965 r. wykorzystał podziały w swojej partii Nacionalista oraz furę pieniędzy i zdobył nominację do wyścigu o prezydenturę.

W kampanii obiecywał, że zjednoczy kraj, rozbity na kilkadziesiąt feudalnych „państewek” z własnymi armiami, i zamknie wreszcie kolonialny rozdział historii, uniezależni się od Waszyngtonu, dając Filipinom „prawdziwą niepodległość”. Żonglował hasłami i obietnicami, zdobywając poparcie związków zawodowych, wpływowego Kościoła Iglesia in Kristo, Federacji Kobiet, latyfundiów tytoniowych i cukrowych. Wygrał i sukces ten powtórzył cztery lata później.

Pierwsze lata jego rządów nie były złe: poprawił się stan gospodarki, Filipińczycy – jak sami mówią – „odzyskali poczucie narodowej dumy”. Marcos nie mógł jednak spełnić obietnic o likwidacji korupcji, kumoterstwa i feudalizmu, bo te choroby były pożywką jego władzy. Wieś tkwiła w biedzie. Na haśle reformy rolnej rosła w siłę komunistyczna partyzantka.

Na trzecią kadencję Marcos kandydować nie mógł, ale władzy oddać nie zamierzał. We wrześniu 1972 r. nieudany „komunistyczny” zamach na ministra obrony (zdaniem opozycji przygotowany na zlecenie prezydenta) stał się pretekstem do wprowadzenia stanu wyjątkowego.

Marcos przyznał sobie całą władzę wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. Zakneblował media. By zapewnić dyspozycyjność sędziów, kazał im napisać podania o zwolnienie z pracy bez daty. Polecił aresztować potencjalnych „buntowników i przestępców”, czyli opozycjonistów i dziennikarzy – do więzienia trafił m.in. senator Benigno „Ninoy” Aquino (mąż Corazon). Wojsko, wyposażone w uprawnienia policyjne, mogło zatrzymywać podejrzanych nie tylko o przestępstwa przeciw bezpieczeństwu państwa, ale i „rozsiewanie fałszywych pogłosek”, oszustwa, spekulacje, porwania, a nawet łowienie ryb bez pozwolenia. Powstały doraźne trybunały wojskowe. Przyłapani na naruszeniu godziny policyjnej odpracowywali swoją winę na robotach publicznych.

– Byłam wtedy obrońcą praw człowieka – opowiada Marie Enriquez. – Wojsko weszło do naszego domu. Udało mi się uciec, ale zabrali moją siostrę. Dwa dni później nie żyła.

Drobna czterdziestolatka w okularach jest dziś przewodniczącą stowarzyszenia byłych więźniów politycznych SELDA. Organizacja udokumentowała 120 tys. przypadków uwięzień, 1,5 tys. zaginięć, 3 tys. egzekucji i liczne skrytobójstwa. – Tortury, porwania i egzekucje były polityką reżimu – podkreśla Marie.

Reformator

Marcos ogłosił „demokratyczną rewolucję” i początek Nowego Społeczeństwa. Koniec z komunistycznym chaosem i przestępczością! Koniec z kupowaniem wpływów i stanowisk! Koniec z nepotyzmem i korupcją w polityce! – Miał dobre hasła – przyznaje Max Soliven, dawny dysydent, dziś redaktor naczelny dziennika „Philippine Star”. – Ale w rzeczywistości ideologią Marcosa był on sam. Nie chodziło mu o walkę z komunizmem i przywrócenie porządku, tylko o eliminację opozycji i obsadzenie swoimi ludźmi wszystkich stanowisk.

Spora część społeczeństwa zobaczyła w stanie wyjątkowym nadzieję. Pospolici bandyci bali się wychodzić z domów, ruszyły nowe budowy i programy społeczne. Ogłoszono, że chłopi są odtąd właścicielami ziemi, na której pracują – tyle że z reformy wyłączono olbrzymie plantacje trzciny cukrowej i palm kokosowych zarządzane przez ludzi prezydenta. W rezultacie reforma objęła tylko 14 proc. gruntów uprawnych, a brak kredytów dla drobnych rolników powodował, że w dalszym ciągu musieli oni pracować dla swych dawnych panów.

Do dyktatury Marcosa walnie przyczynił się Waszyngton. Filipiny były strategicznym punktem na mapie amerykańskich wpływów, zwłaszcza od porażki w Wietnamie. Amerykanie sowicie płacili za wykorzystywanie baz wojskowych na archipelagu i – w zgodzie z filozofią Roosevelta: „Może to i sukinsyn, ale nasz sukinsyn” – przymykali oko na brak demokracji. Krytykę Marcos kwitował groźbą sojuszu z Moskwą. Ale z czasem coraz bardziej choremu i niepopularnemu dyktatorowi poparcie USA było równie niezbędne jak aparat tlenowy w sypialni.

W 1981 r. zniósł stan wyjątkowy – jako ukłon w stronę nowego prezydenta USA Ronalda Reagana i Papieża, który wybierał się na Filipiny. Nic się nie zmieniło – prezydent nadal wydawał dekrety, wybory były kpiną z demokracji, a armia – silna jak nigdy. Na dokładkę z miejscowych bandytów i lumpów stworzono milicje ludowe – lokalne ramię i ucho prezydenckiej sprawiedliwości.

Rok później w Waszyngtonie Reagan przyjął Marcosa z honorami. Ale dziennikarze, demokratyczni kongresmani i obrońcy praw człowieka w zgodnym oburzeniu wyliczali zbrodnie dyktatora. Biały Dom zrozumiał, że nie może popierać Marcosa za wszelką cenę.

W tym czasie polityka kumoterstwa coraz wyraźniej zaczęła odbijać się na gospodarce Filipin. Prezydent dekretami wywłaszczał właścicieli firm, nacjonalizował całe gałęzie przemysłu, tworzył monopole i oddawał w ręce zaufanych ludzi. Potem przyznawał im gigantyczne pożyczki rządowe, zwalniał z ceł i podatków.

Przez 18 lat rządów Marcosa (do 1983 r.) liczba Filipińczyków żyjących poniżej granicy ubóstwa wzrosła z 48 do 70 procent. Mieszkańcy wsi emigrowali do Manili, zabudowując stolicę slumsami. W latach 1975-80 zagraniczny dług wzrósł czterokrotnie, do ponad 10 mld dol., a kiedy w 1986 r. oficjalne dane odfałszowano, okazało się, że faktyczne zadłużenie wynosi 24 mld dol.

Marcos zaczął się bać utraty władzy. W tej atmosferze rosnącej paranoi do kraju postanowił wrócić z emigracji w USA lider opozycji Benigno Aquino. Imelda na próżno pofatygowała się do Stanów, by ostrzec go przed „spiskiem” na jego życie.

Uciekinier

W ostatni wieczór przed wyjazdem „Ninoy” wszedł do hotelu Ambassador w Los Angeles, gdzie 15 lat wcześniej zginął senator Robert Kennedy. Patrząc na wymalowaną białą farbą linię ciała ofiary, powiedział: – Jeśli zostanę trafiony w głowę jak Kennedy, nie upadnę na kolana. Po takim strzale ma się jeszcze kilka sekund życia. Upadnę prosto na ziemię z rozwartymi ramionami, żeby ludzie wiedzieli, że do ostatniej chwili się nie poddałem.

21 sierpnia 1983 r. samolot linii China Airlines wylądował na lotnisku w Manili. Żołnierze wywlekli „Ninoya”, polecając reszcie pasażerów nie ruszać się z miejsc. Potem rozległy się strzały: najpierw pojedyncze, potem długa seria. Aquino upadł tak, jak obiecał.

Obok podziurawiony kulami leżał kozioł ofiarny – „samotny komunistyczny zamachowiec”. Za tę podwójną zbrodnię nigdy nikogo nie ukarano.

Na pogrzeb „Ninoya” przyszły trzy miliony ludzi. – Wtedy stał się cud: naród owieczek przemienił się w naród wojowników, świadomy swych praw, żądający powrotu demokracji – opowiada mi w swym pałacu arcybiskupim w Manili kardynał Jaime Sin, jeden z największych przeciwników dyktatora. Sin zaproponował Marcosowi ostatnią szansę na uniknięcie krwawej rewolucji: wolne wybory, wolną prasę, niezależne sądy, legalną opozycję i Radę Pojednania złożoną z członków rządu, Kościoła katolickiego, partii opozycyjnych i prywatnego biznesu. Marcos powiedział „nie”.

– Siedziałem z „Ninoyem” w jednej celi – wspomina Max Soliven. – Mówił: Jestem gotów postawić kreskę. Darujemy mu stare winy, niech tylko pozwoli na demokrację. Ale Marcos był chory na władzę. „Okrągły stół” był niemożliwy.

Rewolucja dojrzewała jeszcze dwa i pół roku. Na początek 1986 r. Marcos wyznaczył wybory prezydenckie. Myślał, że jak zwykle je sfałszuje, bagatelizował wysuniętego przez opozycję przeciwnika – Corazon Aquino. 16 lutego oboje ogłosili zwycięstwo. Ale Marcosowi lud już nie wierzył, na ulicach Manili prawie milion ludzi skandował: „Cory! Cory!”. Rozpoczął się bojkot państwowej telewizji, banków Marcosa i produktów wytwarzanych przez firmy z jego klanu.

Prezydent przygotował listę 10 tys. nazwisk – dysydentów, działaczy społecznych, księży – do aresztowania i zesłania na odludną wyspę. Historia Filipin potoczyłaby się zapewne inaczej, gdyby Marcosa nie zdradzili wtedy dwaj wysocy funkcjonariusze jego reżimu – Juan Ponce Enrile i Fidel Ramos. Obaj w ostatnich latach popadli w niełaskę Marcosa i zbliżyli się do frakcji oficerów niezadowolonych ze wspierania dyktatury przez armię. Kiedy 21 lutego nie udał się im pucz, wiedzieli, że ich godziny są policzone. Enrile i Ramos z dwustu żołnierzami zamknęli się w gmachu ministerstwa obrony, ogłaszając, że za prezydenta uznają Aquino. Wyglądało to na akt beznadziejnego heroizmu. Marcos miał 260 tys. żołnierzy.

Kardynał Sin wezwał przez kościelne Radio Veritas, by ludzie „żywą tarczą” otoczyli obóz buntowników. Na ulice wyszli studenci, robotnicy, zakonnice, lekarze, gospodynie domowe, a nawet konserwatywni biznesmeni. Nad tłumem unosiły się modlitwy i patriotyczne pieśni. Marcos wysłał wojsko. Zdezorientowanych żołnierzy witano kwiatami i różańcami, częstowano jedzeniem. Bezbronna ludzka barykada zatrzymała czołgi. Kolejne oddziały, które miały rozbić rebelię, dołączały do buntowników.

Trzeciego dnia amerykański ambasador przekazał Marcosowi wiadomość od Reagana – Stany Zjednoczone gotowe są go przyjąć, jeśli nie będzie rozlewu krwi. Nie uwierzył. Zadzwonił do Waszyngtonu z pytaniem, czy mógłby zostać jeszcze rok, może wprowadzi reformy, podzieli się władzą… Odpowiedź była bezlitosna: – Panie prezydencie, pana czas już nadszedł.
Po długim milczeniu Marcos wyszeptał: – Jestem tak bardzo, bardzo rozczarowany.
Wieczorem z rodziną i najbliższymi wspólnikami odleciał do amerykańskiej bazy na Guam, stamtąd na Hawaje.

Dlaczego się poddał? Jedni twierdzą, że z powodu zaawansowanej choroby. Drudzy – że chciał bohatersko zginąć, ale Imelda nie miała zamiaru rezygnować z nagromadzonych bogactw i życia. Jest i trzecia teoria. Marcos wspominał, że anioł ostrzega go przed niebezpieczeństwem, a „głosy” zachęcają, by wytrwał w walce. Pobożni z natury Filipińczycy w sukcesie Siły Ludu widzą rękę Boga. Wszyscy mówią: to był cud.

Bezkarny

Miło patrzeć na Manilę z okna na 33. piętrze wieżowca Urban Banku, gdzie mieści się biuro prezesa Fidela Ramosa oraz siedziba jego Fundacji Pokoju i Rozwoju. Widać, jak w niebo strzelają nowe drapacze chmur, a nie czuć smrodu spalin wypluwanych przez rzędy stojących w wiecznych korkach aut. – 14 lat stanu wyjątkowego, coraz większych represji, stagnacji gospodarczej to za długo. My, zawodowi żołnierze, widzieliśmy, że kraj zmierza w złym kierunku – mówi Ramos, żując cygaro. Na ścianach zdjęcia z rewolucji: eksplodujący entuzjazmem tłum, zmęczeni żołnierze w wymiętych mundurach, generał wznosi rękę w geście zwycięstwa.

To dlaczego – pytam – tak długo trzymał z Marcosem?
– Nie decyduje się na bunt, kiedy nie ma perspektyw na zwycięstwo. Trzeba było wybrać odpowiedni moment, zebrać siły. Zryw był heroiczny, ale nie tak spontaniczny, jak się wydaje – mówi Ramos.

Były generał jest uważany za najsprawniejszego z trzech postmarcosowych prezydentów. Postawił na nogi gospodarkę, spacyfikował buntowników w armii, uporał się z przerwami w dostawie prądu – plagą Manili. Ramosowi nie udał się natomiast rozrachunek z reżimem Marcosa. Żaden sąd filipiński nie skazał prawomocnym wyrokiem nikogo ze szczytów dawnej władzy – mimo że tylko przeciw Imeldzie, prawej ręce Marcosa, wytoczono około stu spraw.

W zeszłym roku na konferencji poświęconej spuściźnie Marcosa zaproponowano powołanie Komisji Prawdy, podobnej do tych z RPA i otrząsających się z dyktatur krajów Ameryki Łacińskiej. Skład obozów za tym pomysłem i przeciw niemu budził zdumienie. Komisji, która „powie prawdę i tylko prawdę”, przyklasnęła Corazon Aquino oraz (używając tego samego określenia!) rodzina Marcosa. Sceptycznie odniosło się do komisji wielu obrońców praw człowieka i intelektualistów. – Komisja Prawdy jest niepotrzebna, bo w tym kraju zawsze się mówi prawdę – uznał natomiast prezydent Estrada i stwierdził, że stan wyjątkowy to „okropna część filipińskiej historii”, więc należy o nim zapomnieć.

– Można wybaczyć, nigdy zapomnieć – oponuje Marie Enriquez z Seldy. – Komisja Prawdy to dobry pomysł, tylko spóźniony. „Cory” powinna to była zrobić zaraz po obaleniu Marcosa. Ale ludzie, którzy dokonali rewolucji, byli częścią systemu. Czy Ramos zgodziłby się zeznawać przed komisją? A Marcosowie – czy można sobie wyobrazić arogancką Imeldę, która mówi: „Byłam winna, przepraszam”?

„Nic tak narodu nie podzieli, nie wywoła głodu wendety, płaczu i zgrzytania zębów jak ustawienie w szeregu podejrzanych i wyrwanie im zeznań z gardeł. Chcecie Komisji Prawdy? A ile wersji prawdy chcecie? Bo dużo mamy mistrzów iluzji, którzy potrafią przemalować białe na czarne lub odwrotnie, w zależności od tego, kogo chcą chronić lub promować. Dla Marcosów to świetna okazja, by zafałszować historię i sprawić, by truchło dyktatora pachniało jaśminem. Komisja Prawdy nie będzie tu działać, bo prawda to dla nas obcy fenomen” – pisał publicysta dziennika „Philippine Inquirer” Leandro Coronel.

– Marcosowie mieli dość czasu na ukrycie prawdy – przyznaje Max Soliven. – Czy wiesz, co było najgorszą zbrodnią Marcosa? Nie wprowadzenie stanu wyjątkowego, nie to, że wtrącił mnie do więzienia, że zabił „Ninoya”, ale to, że pokazał Filipińczykom, że można kraść, zabijać i pozostać bezkarnym.

Złodziej

Księga Guinnessa nazywa Marcosa „największym złodziejem świata”. Ile ukradł – nie wiadomo: kilkanaście miliardów dolarów, może kilkadziesiąt, niektórzy nawet szacują obecny majątek Rodziny na nieprawdopodobną sumę biliona dolarów. Pewien amerykański biznesmen przysięga, że w latach 70. w domu Marcosa pod Manilą widział piwnicę wyładowaną sztabami złota. Znanemu bankierowi dyktator pokazał ponoć świadectwa depozytów w zagranicznych bankach o wartości 35 mld dol. Opowieści o ukrytych bogactwach rozpalają wyobraźnię, a próby wytropienia skradzionych pieniędzy rodzą spiskowe teorie.

Imelda twierdzi, że Marcos zbił fortunę na handlu złotem, zanim doszedł do władzy. Wiadomo, że poszukiwał legendarnego skarbu generała Yamashity – zrabowanych przez Japończyków w południowo-wschodniej Azji złota i kosztowności, których pod koniec wojny nie zdążyli wywieźć i ponoć ukryli na Filipinach. Wielu twierdzi, że znalazł. Wedle innej teorii Marcos przejął złoto wywiezione podczas wojny z Watykanu.

Odkąd został prezydentem, źródła jego majątku są mniej tajemnicze: japońskie reparacje wojenne, łapówki, zagraniczne kredyty, udziały w monopolach i zyskach chronionych przez rząd koncernów. Od 1968 r. Marcos zaczął otwierać konta w Szwajcarii, Hongkongu, USA na nazwiska członków rodziny, przyjaciół lub figurantów. Złoto i gotówkę kazał wywozić samolotami i statkami, poszukiwacze skarbów twierdzą, że część wciąż ukryta jest na Filipinach.

W 1992 r. sąd na Hawajach przyznał dziesięciu tysiącom ofiar dyktatora odszkodowania, w sumie 2 mld dol. Do dziś nie zobaczyli ani centa. Na razie oficjalnie udało się odnaleźć w szwajcarskim banku marne 600 mln, które przesłano na Filipiny i zablokowano do czasu wydania, sądowego wyroku. Owszem, prasa drukuje numery nowo odkrytych kont z wielocyfrowym stanem rachunku (np. 13 mld dol. na koncie córki Marcosa w Szwajcarii), ale Filipińczycy mogą się najwyżej oblizać. Jovito Salonga, pierwszy szef rządowej komisji powołanej w celu odnalezienia Marcosowych bogactw, twierdzi, że w rzeczywistości do maja 2000 r. odnaleziono już 2 mld dolarów. Tyle że prezydent Estrada trzyma to w tajemnicy, „chcąc przekonać naród, że lepiej pójść na ugodę z Marcosami niż angażować się w kosztowne procesy”.

Po latach negocjacji i procesów stało się jasne, że żadna sprawa nie zostanie zakończona bez zgody Marcosów. Ci są gotowi zapłacić, ale tylko w zamian za dożywotni immunitet. Rząd Ramosa zawarł nawet porozumienie z Marcosami o podziale majątku w zamian za bezkarność, ale larum podniosły stowarzyszenia ofiar, a sąd najwyższy uznał, że to niezgodne z konstytucją.

Zresztą – o jakim majątku mowa? Porozumienie z Ramosem dotyczyło tylko odnalezionych 600 mln. Nie ma mowy o zwrocie całej reszty. Filipińczycy przestają już wierzyć, że jakiekolwiek pieniądze trafią z powrotem do publicznej kasy.

Aktor

Z Marie Enriquez umówiłem się przed potężnym gmachem manilskiej katedry. Działacze Seldy organizowali demonstrację nieco apatycznie, jakby sami nie wierzyli w jej sens. Ze dwie godziny minęły, nim pod stalowym niebem stanął namiot, transparenty i portrety zaginionych. 20 osób przywdziało pomarańczowe koszulki „Uwolnić więźniów politycznych”, księża odprawili polową mszę. Pierwsze krople deszczu przegoniły gapiów.

– Domagamy się prawnego uznania, że za rządów Marcosa dochodziło do systematycznych pogwałceń praw człowieka, oraz odszkodowań dla ofiar. Ale pomagamy też więźniom politycznym kolejnych rządów – mówi Enriquez. Jej zdaniem jest ich dziś 190, w większości to „chłopi bez ziemi, którzy wolą umrzeć w walce niż z głodu”. Dla rządu to komunistyczni partyzanci.

– Estrada coraz bardziej przypomina Marcosa – uważa Marie. – „Erap” ma w rządzie jego starych sojuszników i koncepcję podobną do Nowego Społeczeństwa. Wiele dekretów stanu wyjątkowego obowiązuje do dziś. Pod przykrywką walki z terroryzmem rozprawia się z przeciwnikami politycznymi.

Tę opinię słyszałem z wielu ust: w 1986 r. nie nastąpiła żadna zasadnicza zmiana, tylko przetasowanie we władzach.

Po 11 latach pół miliona ludzi pod przywództwem kardynała Sina i Corazon Aquino znów wyszło na ulice Manili. Protestowali przeciw pomysłowi prezydenta Ramosa zmiany konstytucji tak, by mógł kandydować na drugą kadencję. Ramos ustąpił. Przytłaczającą większością głosów prezydentem został Joseph „Erap” Estrada, popularny aktor znany z janosikowych ról, były burmistrz małego miasta. Wspierał Marcosa do końca, a dziś nie kryje przyjaźni z jego rodziną.

Ubiegłego lata znów pojawił się projekt zmiany konstytucji i znów tłumy wyszły na ulice. Estrada dał za wygraną. Ale protesty nie ustają. Jednym głosem lud i elity krzyczą, że protekcjonizm, nepotyzm i korupcja znów są w użyciu. Że do łask wracają przyjaciele dyktatora.

Eduardo Cojuangco, dawny szef urzędu ceł i jeden z autorów stanu wyjątkowego, który uciekł razem z Marcosem na Hawaje, został prezesem San Miguel, wielkiego koncernu produkującego najpopularniejsze piwo. Zarząd tej firmy kontrolują ludzie prezydenta. Fiskus umorzył też 200 mln dol. zaległego podatku biznesmena Lucio Tana, który majątek zbił przy Marcosie. Cojuangco i Tan finansowali kampanię prezydencką Estrady. Niedawno pewna zakonnica oskarżyła „Erapa”, że fundusze z rządowej loterii bezprawnie przerzucił do charytatywnej fundacji swojej żony. Ta kupiła za nie 200 ambulansów z wymalowanym imieniem syna prezydenta, który startuje w wyborach do parlamentu.

Przez ostatni rok popularność Estrady dramatycznie spadła.

Ale „Erap” to nie Marcos. Ze swoim zamiłowaniem do alkoholu, nocnych zabaw i gromadą nieślubnych dzieci przypomina raczej filipińską podróbkę Elvisa. Estrada nie kradnie, wielu wierzy, że rzeczywiście chce pomóc biednym i poprawić stan gospodarki, tylko nie umie. Filipiny, które w miarę bezpiecznie przeżyły azjatycki kryzys finansowy i były typowane na nowego „tygrysa”, dziś wloką się w tyle za sąsiadami. – Dla biedaków życie wygląda tak jak 20 lat temu, z codzienną obawą o jedzenie, pracę i bezpieczeństwo – mówi japoński misjonarz Toru Nishimoto, od 30 lat na Filipinach.

Retoryka Marie Enriquez może budzić uśmiech, ale trudno zaprzeczyć, że feudalizm jest wciąż zmorą Filipin. Coraz częściej dochodzi do zamachów partyzantek komunistycznych i muzułmańskich. Porwania dla okupu stały się plagą. Kiedy zapytałem znajomego mieszkańca Manili, dlaczego Filipiny nie doczekały się reformy rolnej, odparł: – Ależ oni dzielą i dzielą tę ziemię od lat. Między sobą. Tu wszyscy są świetnymi aktorami. Podobnie jest z demokracją: zamiast niej są wybory. Wygrywa ten, kto ma pieniądze i koneksje.

Upiór

Jak to się dzieje, że Ferdinand Marcos wciąż ma zwolenników? Dlaczego jego żonę i córkę wybrano do parlamentu, a syna na gubernatora? Skąd się biorą te setki tysięcy popierające prezydenckie ambicje Imeldy, która z dumą ogłasza, że „stan wyjątkowy był najlepszą rzeczą w historii Filipin”? Dlaczego spadkobiercy „największego złodzieja świata” są nietykalni?

Nie ma jedynej słusznej odpowiedzi na te pytania. Każdy ma własną teorię.

Kardynał Sin: – Marcosowie mają pieniądze, a chciwych ludzi nie brakuje.
Max Soliven: – Nie dokończyliśmy tej rewolucji. Mówiłem „Cory”, żeby ustanowiła rewolucyjny rząd, ukarała winnych, najwyżej będzie trochę niesprawiedliwości, trudno. Ale ona chciała demokracji.

Marie Enriquez: – Filipińczycy mają krótką pamięć i łatwo przebaczają. Mówią: „Żyj i daj żyć innym”. Większość mogłaby mieszkać przy skrzyżowaniu ulic Marcosa i „Ninoya” Aquino.

Pomyślałem, że z pozoru absurdalna przepowiednia Rodolfa Cabusao już się sprawdziła. Marcos powrócił. Jest jak potwór w ostatnich minutach drugorzędnego horroru – kiedy wszyscy zdążyli odetchnąć już z ulgą, ten ożywa. Ale na szczęście brakuje mu dawnych zębów. Filipińczycy, nauczeni doświadczeniem, alergicznie reagują na każdy przejaw autorytarnych zapędów. Dyktatura im raczej nie grozi. Dlatego Marcos 2000 to nie potwór, ale tylko upiór – a dawna sztuka przepędzania złych duchów i odczyniania uroków jeszcze na Filipinach nie umarła. Trochę tylko szkoda niewykorzystanego w pełni cudu. Na następny Pan Bóg może kazać długo czekać.

„Gazeta Wyborcza” (Świąteczna), 12-13.08.2000

error: Content is protected !!