Białe szaleństwo

Kto tęskni do czasów, kiedy uprawianie narciarstwa było wyzwaniem, powinien się udać poza Europę: do talibów, ajatollahów lub szejków…

Starsi polscy narciarze pamiętają, że kiedyś była to prawdziwie męska przygoda. Najpierw trzeba się było siłą wedrzeć do zapchanego autobusu do Kuźnic. Potem jakoś dotrzeć do wyciągu. O ile ktoś przed świtem nie stanął w ogonku po bilet do kolejki na Kasprowy ani nie chciał przepłacać u „konika”, pozostało mu wdrapać się pieszo na Goryczkową. Następnie stanąć w godzinnej niekiedy kolejce do wyciągu, klnąc na cwaniaków z identyfikatorami zawodników, którym przysługiwało pierwszeństwo. Po wjeździe na szczyt przez kilka minut „rypać” narty na ledwo przykrytych śniegiem kamieniach – i znów zawinąć na koniec kolejki.

Dziś, jeśli nie liczyć niepewności pogodowej, wyjazd na narty stał się pozbawioną emocji rutyną. Ale tu i ówdzie poza Europą da się jeszcze odnaleźć PRL-owskie klimaty.

Swego czasu swojsko poczułem się w Dombaju na Kaukazie. Pierwsze zaskoczenie: miejscowa wypożyczalnia sprzętu sportowego sprzedaje koniak na szklanki. Kiedy pożyczone tam narty przypiąłem do nóg, nie chciały ruszyć ani o centymetr – nie smarowane od nowości, czyli gdzieś od wczesnego Breżniewa.

Alkoholowy kuraż przydał się dopiero pod wyciągiem. Znaczna część rosyjskich narciarzy stanie w kolejce uznawała bowiem za frajerstwo. Bez żenady wpychali się na chama wprost na krzesełko, atakując od przeciwnej strony. W pewnym momencie było ich tylu, że musieli utworzyć własną kolejkę. Tymczasem w pozostałych odezwał się słowiański honor i duch walki. Rzucali się na uchodzących w przestrzeń chamów, usiłując ściągnąć z nich fragment sprzętu lub ubioru. Odpięcie narty było nagradzane szczególnie gorącymi oklaskami, bo mało kto potrafi zjechać z góry na jednej…

Od tego czasu Kaukaz trochę się zmienił (czy zmieniły się zwyczaje narciarskiej braci – tego nie wiem). W biurze podróży można wykupić wyjazd pod Elbrus, a kremlowscy władcy i biznesmeni rozbudowują zimowe ośrodki, choć sami wolą jeździć do Chamonix.

Elbrus, jako najwyższa góra Europy, budzi zrozumiałe pożądanie. Śnieg leży tu 240 dni w roku. Dwuetapowa gondola wjeżdża z 2200 m n.p.m. na 3800. Jeszcze wyżej można podjechać ratrakiem za ok. 40-50 zł od głowy. Niewiele więcej kosztuje całodzienny karnet, pozwalający korzystać z 35 km oznakowanych tras.

W ciągu najbliższych kilku lat na Kaukazie ma powstać pięć nowych kurortów narciarskich, a w nich tysiąc kilometrów tras, obsługiwanych przez 200 wyciągów, oraz 13 nowych wiosek narciarskich z setkami hoteli i apartamentów. Do tego ma być tanio: doba hotelowa to koszt najwyżej 50 dol., dzienny ski pass ok. 20.

Część tych planów zrealizuje się już za dwa lata, na olimpiadę w Soczi. Ma ona być dla Rosji tym, czym dla Chin były letnie igrzyska w Pekinie – ważną cegiełką w budowie wizerunku nowoczesnego mocarstwa. Ale ponieważ kaukascy terroryści będą się starali te plany zniweczyć, Rosja pozostanie dobrym miejscem na narty z dreszczykiem.

Najtragiczniejszy jak dotąd atak miał miejsce 18 lutego 2011 r. Na drodze z Mineralnych Wód do Przyelbrusia terroryści zastrzelili trzech rosyjskich turystów, a dwóch ranili. Kilka godzin później, w nocy, na samym Elbrusie wysadzili w powietrze słup kolei gondolowej, zrzucając na ziemię 30 nowych wagoników.

Ale co tam. W końcu, jak przekonywał wiceprezydent rosyjskiego komitetu olimpijskiego Ahmed Bilalov, „jest wiele krajów, gdzie turystyka świetnie rozwija się na terenach niebezpiecznych. Spójrzcie na Turcję, Egipt czy Izrael”.

Do Afganistanu z własnym sprzętem

Ciekawie zapowiada się też miejsce kolejnej zimowej olimpiady: Pyeongchang w Korei Południowej. Padła propozycja, by Południe wystawiło wspólną drużynę z komunistyczną Północą, ale trudno powiedzieć, czy za sześć lat dwie Koree będą bliżej pojednania czy wojny.

Obie połówki Półwyspu Koreańskiego mają dobre warunki naturalne do uprawiania narciarstwa. Jednak o ile na Południu istnieje 12 sporych ośrodków, to na Północy jeden lub dwa, w okolicach świętej góry Pektu. Z tego co wiadomo, mogą z nich korzystać wyłącznie prominenci. Przed laty mówiło się o możliwości otwarcia nowego ośrodka narciarskiego dla gości z zagranicy (chciała go budować sekta Moona), ale plany te spaliły na panewce.

Nie zmaterializowały się też pogłoski o otwarciu stacji narciarskiej w irackim Kurdystanie. Swój ośrodek w górach Karakoram reanimował za to Pakistan. Malam Dżaba leży w Dolinie Swat, nazywanej „pakistańską Szwajcarią”. W 2007 r. kontrolę nad nią przejęli talibowie. Ponieważ Koran nie wspomina o nartach, doszczętnie spalili cały kompleks.

W maju 2009 r. pakistańska armia odzyskała kontrolę nad Malam Dżaba. Po generalnym remoncie ośrodek otwarto, w styczniu 2011 odbyły się pierwsze zawody.

Stok ma 800 m długości, krzesełka zabierają narciarzy na wysokość 2804 m. Siedząc na wyciągu możemy wypatrywać amerykańskich samolotów bezzałogowych, patrolujących ten obszar w poszukiwaniu wroga. Sytuacja jest niepewna. Afgańscy talibowie wygrywają wojnę z NATO, ich pakistańscy ziomkowie mogą powrócić do Doliny Swat. Na pocieszenie: jest mało prawdopodobne, by jakaś poważna ofensywa ruszyła zimą.

Białe szaleństwo marzy się także Afganistanowi. Zagraniczni dyplomaci spopularyzowali ten sport w latach 60. i 70. Niedaleko Kabulu był stok z wyciągiem „wyrwirączką”, działało kilka klubów narciarskich. Kres położyła radziecka inwazja w 1979 roku.

Nowy ośrodek miałby powstać w Bamjanie – to miejsce słynące z ogromnych rzeźb Buddy, zniszczonych przez talibów w 2001 roku. Dziś Bamjan jest jednym z najspokojniejszych miejsc w kraju, pod kontrolą rządu. Na pomysł zaszczepienia narciarstwa wpadli prawdopodobnie Nowozelandczycy, którzy utrzymują tam kontyngent wojskowy.

Do sukcesu droga daleka. Dziennik „Guardian” opublikował relację ze szkolenia pierwszych przewodników narciarskich. Mniejsza o to, że dysponowali tylko sześcioma parami nart wyprodukowanych w połowie zeszłego wieku. Gorzej, że nie potrafili na nich jeździć. Jedyna dyscyplina jaką na razie można sobie tu wyobrazić, to indywidualny ski-touring.

Pod okiem policji obyczajowej

Całkiem realne są za to narty w Iranie. Szach Reza Pahlawi próbował zwesternizować swój kraj i budowa infrastruktury narciarskiej wpisywała się w ten plan. Ajatollahowie, którzy w 1979 r. obalili szacha, nie podzielali jego alpejskich fascynacji, jednak ośrodki pozostawili nietknięte. Ale też nie inwestowano w nie i narciarstwo w Iranie jest podróżą w czasie.

Będąc w Teheranie wybrałem się na górę najbliższą stolicy, Tochal. Z przedmieść leżących na wysokości 1600 m gondole w ciągu trzech kwadransów wspinają się na blisko 3730 m – jest to piąty pod względem wysokości ośrodek narciarski na świecie.

Cena dziennego karnetu to równowartość 60 zł – mniej niż dwa wjazdy kolejką na Kasprowy. Na górze wypożyczają sprzęt wprawdzie nie najnowszy, ale sprawny. Mimo dużej wysokości stoki są mało wyczynowe, lecz przygotowane przyzwoicie, wyciągi krzesełkowe działają, tłoku można się spodziewać tylko w weekendy (piątek-sobota).

Wygląda, jakby przestrzeń irańskiej wolności rosła wraz z wysokością. Iranki w modnych kombinezonach chusty mają zsunięte głęboko na tył głowy, choć akurat tutaj rozsądek nakazywałby założyć czapkę. Do wyciągu prowadzą oddzielne kolejki dla kobiet i mężczyzn, ale na krzesełku można usiąść razem. Ludzie nie mają oporów przed rozmową z cudzoziemcem, również o polityce. Podobno policja obyczajowa patroluje stoki, ale jest znacznie bardziej pobłażliwa niż dawniej.

Najlepsze ośrodki znajdują się w odległości niecałych dwóch godzin od Teheranu. Dizin to największa, licząca 16 tras stacja narciarska na Bliskim Wschodzie. Pobliski, nieco mniejszy Szemszak ma sześć wyciągów i przyciąga głównie zaawansowanych narciarzy – można tam potrenować na 500-metrowej ścianie z muldami. Największym problemem może być dojazd, bo po obfitych opadach śniegu ośrodki te mogą być odcięte przez parę dni. Inny problem to skąpa baza noclegowa. Oraz rosnące napięcie między Iranem a Izraelem i USA, które może przerodzić się w wojnę.

W regionie są też inne ośrodki. Liban ma dwa, niedaleko Bejrutu. Ten mniejszy, Cedars, przeszedł niedawno modernizację i na szczyt liczący 2870 m wwozi narciarzy nowa gondola. Uważany za najlepszy Faraya Mzaar kusi 80 km tras obsługiwanych przez 18 wyciągów. Do morza jest stąd tak blisko, że wieczorem po nartach można zaliczyć kąpiel.

Nart w Libanie nie da się połączyć z jazdą po drugiej stronie granicy, na izraelskiej górze Hermon. Jest tu 10 wyciągów i 40 km tras. Położony w strefie militarnej między spornymi granicami z Syrią i Libanem ośrodek ma w Izraelu monopol, nic więc dziwnego, że jest wyjątkowo drogi – dzienny karnet kosztuje 200 zł.

Udając się dalej na zachód, znajdziemy malutki ośrodek w Algierii, na terenie Parku Narodowego Chrea, 70 km od położonej na śródziemnomorskim wybrzeżu stolicy.

Mianem największej stacji narciarskiej Afryki Północnej może się poszczycić marokańskie Ukajmadan na południe od Marakeszu. Wyciąg prowadzi na 3258 m n.p.m., skąd wiedzie pięć tras (najdłuższa ma 3 km). Transport sprzętu złożono na grzbiety osiołków.

A gdyby zabrakło śniegu, pod algierską granicą na nartach można zjeżdżać przez okrągły rok – z piaszczystych wydm.

Narty w galerii

Zmiany klimatyczne każą się zastanowić, czy narciarstwo nie przeniesie się w przyszłości z hal do hali. W 2009 roku we francuskim Amneville odbyły się pierwsze Mistrzostwa Europy w halowym narciarstwie alpejskim.

Zadaszonych stoków powstaje coraz więcej. Najdłuższą trasę zjazdową (640 m) oferuje AlpinCenter w niemieckim Bottrop, a najbardziej stromy stok (31-proc. spadek, czyli tyle, co na Nosalu) znajdziemy w Wittenburgu pod Hamburgiem.

Największy pod względem powierzchni ośrodek (35 tys. m kw. śniegu) znajduje się w holenderskim Landgraaf. W zeszłym roku padł tam rekord szybkości w hali: Austriak Klaus Schrottshammer rozpędził się na półkilometrowej trasie do 104 km/h.

Największy rozgłos zyskał jednak otwarty w 2005 roku ośrodek w Dubaju. Po raz pierwszy na takie modernistyczne szaleństwo zdecydował się kraj Orientu. Dubaj przeżywał wtedy boom budowlany i był rajem dla pracowni architektonicznych prezentujących niebanalne projekty.

Ski Dubaj umieszczono wewnątrz galerii handlowej. Po „aklimatyzacji” w Mall of the Emirates pobieram z wypożyczalni cały sprzęt, łącznie z kaskiem i jednorazowymi skarpetami. Wszystko to w cenie karnetu: 180 AED (170 zł) za dwie godziny.

I wchodzę do szklanej kopuły. Ponieważ w tej lodówce są minus dwa stopnie, a kombinezon lichutki, szybko zaczynam szczękać zębami. W panującym na zewnątrz upale o zabraniu swetra łatwo zapomnieć.

Kompleks ma wielkość trzech zaśnieżonych boisk piłkarskich. Najdłuższy zjazd liczy 400 m (dla porównania: Gąsienicowa ma 1400 m), a różnica wzniesień to 60 m, co nie daje wielkiego pola do popisu – można wybrać trasę płaską lub nieco mniej płaską. Dla deskarzy wydzielono strefę freestyle.

– Narciarstwo w Dubaju jest równie ważne jak wyścigi wielbłądów w Austrii – żartuje Andreas Teufl, austriacki instruktor przewodzący miejscowemu klubowi narciarskiemu. Klub liczy 250 członków reprezentujących 40 krajów. Należą doń głównie ekspaci kojący na stoku nostalgię za rodzinnymi stronami. Są też Arabowie, którzy postanowili się nauczyć egzotycznej umiejętności – dla nich jest to zwykle pierwsze zetknięcie ze śniegiem.

– Dubaj jest doskonałym miejscem do nauki, zawsze można liczyć na dobrą pogodę – zachwala Andreas.

Ski Dubai powstał we współpracy z Austriakami, ale Dubajczykom wyraźnie marzy się Szwajcaria. Instruktorzy mają na kurtkach czerwone flagi z białym krzyżem, grzane wino (bezalkoholowe) można wypić w kawiarni St. Moritz przy wejściu. Lub na stacji pośredniej w Avalanche Café. „Lawina” jako nazwa knajpy dla narciarzy jest tak samo stosowna jak – dajmy na to – Air Katastrofa dla linii lotniczych; no ale tutaj lawina akurat nie grozi.

Śnieg nie sypie się z armatek tylko prószy z sufitu. Pod sufitem wiszą rzędy klimatyzatorów. Choć w Dubaju słońca nie brakuje, oświetlenie jest sztuczne, co robi wrażenie pochmurnego, zimowego półmroku.

Jest dzień powszedni, więc liczba gapiów rozpłaszczających nosy na szybach od strony galerii przekracza liczbę narciarzy. Jednak karnetowe dwie godziny w zupełności wystarczają. Wyciąg krzesełkowy wlecze się niemiłosiernie, za to rozgrzewający zjazd trwa zaledwie minutę.

Ski Dubai nie wyczerpał ambicji tutejszych szejków. Trzy miesiące po otwarciu ośrodka wbito łopatę pod kolejny, o wiele większy. Ma powstać sztuczne pasmo górskie, na które poprowadzona zostanie kolej linowa. Będzie to – jak głosiły materiały reklamowe – „kawałek Arktyki na pustyni”. Z pingwinarium, arktycznym akwarium, niedźwiedziami polarnymi, wystawą rzeźb lodowych, igloo, mostem z lodu i oczywiście wymyślnymi trasami narciarskimi, w tym z obracającym się stokiem. O ile kompleks w ogóle powstanie – ku uldze niedźwiedzi wybuch globalnego kryzysu finansowego przystopował tę i wiele innych inwestycji w Emiratach.

Robert Stefanicki

Gazeta Wyborcza, 22.01.2012

error: Content is protected !!