Hannibal u bram Sölden (Tyrol)

Miałem nadzieję, że na austriackim lodowcu odpocznę od tematu, którym zajmuję się na codzień w „Gazecie”: wojny w Libii. Nie udało się. W Alpy powrócił bowiem Hannibal…

Nie chodzi o noszącego to imię syna Muammara Kaddafiego, lecz o dowódcę wojsk antycznej Kartaginy. Kurort narciarski Sölden w Tyrolu słynie z wystawianego raz w roku, w połowie kwietnia, monumentalnego spektaklu na lodowcu Rettenbach. Pięć lat temu oglądałem w tym miejscu futurystyczną historię kolonizacji Marsa, tym razem czas cofnął się o 22 stulecia, do czasów drugiej wojny punickiej.

Przedstawienie opowiada znaną ze szkoły historię o próbie podbicia imperium rzymskiego przez Hannibala, który z 40-tysięczną armią przedarł się z Hiszpanii przez Pireneje i Alpy. Szczękając zębami przez dwie godziny na mrozie doskonale można się wczuć w tragedię jego bojowych słoni, które padły wskutek ostrej alpejskiej zimy.

Sam Hannibal byłby zdumiony jak plastycznie i kreatywnie da się przedstawić jego dzieje przy użyciu nowoczesnej techniki. Reżyser Hubert Lepka wybudował scenę z lodu i światła. Ratraki odgrywają rolę słoni, narciarze z pochodniami – wojowników. Jest helikopter, samolotowe akrobacje, skoki na skuterach śnieżnych, telebim pod lodową piramidą, iście wulkaniczne wybuchy i fajerwerki oraz księżyc w pełni jako darmowy acz ważny element scenografii. Szczegółowo opisać się tego nie da – spektakl trzeba samemu zobaczyć (bilet 37 euro).

Nie jest to typowa lekcja historii starożytnej. Lepka traktuje fakty luźno, raz po raz puszcza do widzów oko, czyniąc aluzje do aktualnej sytuacji politycznej w Austrii i na świecie – większość niestety zrozumieją wyłącznie osoby władające językiem niemieckim. Premiera „Hannibala” miała miejsce jakąś dekadę temu, ale historia trwa. Narrator tłumaczy na przykład, że Rzym kazał najechać Libię, lecz „nie po to, aby ją podbić, ale by kontrolować jej rynek giełdowy”…

Dość polityki. Nocne przedstawienie na lodowcu to tylko pretekst do wyjścia na narty za dnia. W kończącym się sezonie Sölden mogło się pochwalić 148 km tras narciarskich, 34 gondolami lub wyciągami krzesełkowymi, zdolnymi przetransportować 70 tys. ludzi w ciągu godziny. Nie liczyłem czy to prawda, ale w praktyce nawet tam, gdzie przed dolną stacją kłębił się tłum chętnych, nie trzeba było czekać dłużej niż 5 minut.

Śnieże rzeźby użyte w przedstawieniu „Hannibala” stoją na lodowcu Rettenbach cały rok: kłapouchy słoń, piramida i łódź z drzewem zamiast masztu. Do dolnej stacji na 2684 m. można dojechać samochodem, lawirując pod górę ostrymi zakrętami. Albo prosto z Sölden, kolejką na Giggijoch. Tam przesiadając się na krzesełka docieramy do „lodowcowego ekspresu” – wagonu transportującego narciarzy w poziomie, ponad doliną Rettenbach, pod lodowiec.

Stąd gondola zabiera nas na słynne „Big 3” – pod trzy szczyty o wysokości przekraczającej 3 tys. metrów. W dole, jeśli dobrze się przyjrzeć, widać wychodzący miejscami spod śniegu błękit i szczeliny lodowca.

Z górnej stacji warto przy dobrej pogodzie wznieść się jeszcze odrobinę wyżej, piechotą, na platformę obserwacyjną wysuniętą niczym trampolina ponad bezdenne urwisko. Drugą atrakcją, z której słynie to miejsce, jest wykuty w skale pod granią tunel długości 165 m, przez który przejeżdża się na nartach na sąsiedni lodowiec Tiefenbach.

Jak na połowę kwietnia i mocno grzejące słońce, warunki śniegowe są całkiem dobre – przyjamniej do wczesnego popołudnia, kiedy śnieg zaczyna rozmiękać. Jeśli coś miałbym w Sölden skrytykować, to wolałbym więcej najwygodniejszych – zwłaszcza podczas dobrej pogody – wyciągów krzesełkowych w miejsce niektórych gondoli, wymagających każdorazowego zdejmowania nart, i zamiast orczyków, na których trudniej odpocząć.

Nowością tego sezonu jest nowoczesna dwukilometrowa kolejka na Gaislachkogl, wybudowana kosztem 38 mln euro, ponoć jedna z najwydajniejszych na świecie. Zastosowano tu technologię trzech lin – dwie stabilizują wagoniki, dzięki czemu nie unieruchomi je nawet spory wiatr, trzecia je napędza.

Konstrukcja wspiera się na zaledwie trzech wieżach, najwyższa stoi na wiecznej zmarzlinie. Ponieważ wskutek wahań temperatury zmarzlina jest niestabilna, fundamenty wieży mogą zmieniać położenie o 60 cm w każdą stronę! Ciekawa jest też architektura stacji, przypominających kokony owada.

Druga nowość to „gubałówkowy” wagonik na szynie łączący Sölden z położoną wyżej osadą Innerwald. Trzecią nowinkę odnotowałem w sąsiednim ośrodku Hochgurgl (15 minut od Sölden). Pod szczytem Wurmkogl (3082 m) powstała nowa platforma widokowa z kawiarnią Top Mountain Star, skąd rozciąga się widok na Dolomity. Jak dobrze wysilić wyobraźnię, w oddali można zobaczyć nadciągające słonie Hannibala.

Robert Stefanicki

Gazeta Wyborcza, 02.05.2011

error: Content is protected !!