Najdłuższy ślimak Europy (Val Cenis)

Konkurencja wśród ośrodków narciarskich jest duża, więc zawsze warto jakoś podkreślić swoją wyjątkowość.

Na przykład Val Thorens we francuskich Trzech Dolinach to najwyżej (2300 m n.p.m.) położony ośrodek w Europie. Chamonix może się pochwalić wyciągiem wywożącym narciarzy na rekordową wysokość 3842 m (na świecie w tej konkurencji pierwsza jest Boliwia, gdzie można jeździć na blisko 5,5 tys. metrów). Szwajcarski kurort St Moritz jest uważany za najdroższe miejsce w Alpach. Francuski Portes du Soleil szczyci się „szwajcarską ścianą” (Mur de Chavanette), uchodzącą za najbardziej stromy stok z muldami. Bardziej znany pod tym względem jest austriacki Kitzbühel, z najtrudniejszą trasą narciarską FIS na świecie – „Streif”, i najbardziej stromą trasą w Alpach, o nachyleniu 78°, „Dirretisima”. Z kolei francuski L’Alpe d’Huez ma najdłuższą czarną trasę na świecie, liczącą 16 km „Sarenne”.

A Val Cenis? Jeśli nie słyszeliście o tym ośrodku we francuskiej Sabaudii, to przez niedopatrzenie. Val Cenis reklamuje się bowiem najdłuższą zieloną trasą narciarską w Europie – tak we Francji oznakowane są najłatwiejsze zjazdy, przeznaczone dla zielonych narciarzy lub miłośników nartostrad. „Escargot”, czyli ślimak, liczy sobie 9,5 km.

Poza tym Val Cenis wydaje mi się doskonale przeciętna, co wcale nie jest zarzutem. Ośrodek pozostający w cieniu sławnego sąsiada Val d’Isere uniknął przesadnego przytłoczenia amatorami białego szaleństwa, choć siłą rzeczy w zimie życie toczy się głównie dla nich. Znacznie jednak spokojniej. Zamiast hotelowych blokowisk z betonu, mamy tutaj trzy górskie mieściny z sabaudzką architekturą i dobrze wkomponowanymi hotelami.

Zamieszkałe łącznie przez jakieś 1,5 tys. stałych mieszkańców Lanslebourg, Lanslevillard i Termignon zostały połączone wspólnym karnetem narciarskim. Na zboczach wyrastającego ponad nie masywu wytyczono 125 km tras. Skromnie w porównaniu z 300 km w regionie Val d’Isere czy 600 km w Trzech Dolinach, ale na trzy dni solidnego jeżdżenia spokojnie wystarczy.

Włodarze Val Cenis zachwalają, że przepustowość wyciągów jest większa od liczby miejsc noclegowych, więc w kolejkach nie czeka się nawet w weekend. Kolejną zaletą są ceny niższe od bardziej znanych ośrodków. Za to nie należy oczekiwać zbędnych luksusów.

Mam w ostatnich latach pecha do pogody na nartach i Val Cenis powitała mnie śnieżną zadymką. Nie wiem czy to efekt oszczędności, czy też planiści nie przewidzieli, że ktoś może chcieć w taką pogodę jeździć – w każdym razie żaden wyciąg krzesełkowy nie został wyposażony w opuszczaną osłonę, która np. w Austrii jest standardem. Przed lodową skorupą oblepiającą twarz nie ma za bardzo ucieczki, gdyż w dolinie są tylko dwie kolejki gondolowe, dowożące narciarzy z Lanslevillard do położonych wyżej krzesełek.

Niektóre wyciągi to zdaje się pozostałości z lat 70. Dwuosobowe krzesełka z niewygodnym żelaznym oparciem na dzień dobry robią siniaka na udzie, po czym powolutku pną się do góry, skrzypiąc, sapiąc i przystając nawet po kilka razy w ciągu jednego kursu. Mgła potęguje wrażenie horroru.

Przy zjeździe w jednolitej bieli można doświadczyć swego rodzaju deprywacji sensorycznej. Trasy są otyczkowane, ale mleczna chmura pokrywająca góry i zlewająca się ze śniegiem jest tak gęsta, że momentami nie widać następnej tyczki. Mgła ustępuje w najniższych partiach, tyle że tam wiosenny, mokry śnieg nie pozwala na dobrą jazdę.

Następnego dnia pokazuje się słońce i Val Cenis odsłania swoje lepsze oblicze. Wjeżdżam na najwyższy punkt, do jakiego prowadzi wyciąg, L’Ouillon de la Tomba (2800 m), z dobrym widokiem na okoliczne trzytysięczniki. Zjeżdżam na zmianę najbardziej wymagającym stokiem, całym w muldach, albo dłuższą trasą, dookoła malowniczej, ociosanej erozją skały. Ten zjazd spokojnieszy, do czasu, aż jedno z jego rozwidleń zamieni się w trasę biegu zjazdowego o nazwie „Tomba”.

Kawałek dalej, na granicy z Włochami, leży duże, sztucznie spiętrzone jezioro Lac du Mont Cenis. Można do niego dojść piechotą odbijając z widokowej trasy „Goulet”. Lokalna opowiastka głosi, że kiedy przejeżdżał tędy Napoleon, obiecał zbudować piramidę na brzegu jeziora. Piramida powstała dopiero w 1968 r. – mieści się tam małe muzeum prezentujące historię tego miejsca od Rzymian po budowę tamy.

Po drodze w dół mijam jedną z dwunastu kamiennych kapliczek rozrzuconych po dolinie i połączonych pieszym szlakiem kulturowym. Są też w okolicy pozostałości fortec i inne zabytki, ale to raczej zabawa na lato.

Wróćmy do „ślimaka”. Narciarze nie lubiący skręcać nie mogą w Val Cenis narzekać: trasy są tak sprytnie wytyczone, że nie ma konieczności korzystania z żadnych stromiej nachylonych stoków, bo prawie z każdej góry do dowolnego miejsca na dole da się zjechać nartostradami. Stoki są przeorane trawersami o minimalnym spadku, krzyżującymi się co chwila z trasami bardziej zaawansowanymi. Ma to dodatkową zaletę: dwoma głównymi zielonymi trasami – „Escargot” i „Familiale” – da się szybko przemieścić pomiędzy odległymi punktami kompleksu.

Subiektywnie najdłuższym zjazdem wydał mi się wcale nie „ślimak”, tylko „Traverse” wiodący z góry nad wioską Termignon do centralnie położonej miejscowości Lanslebourg – a to dlatego, że w odróżnieniu od dwóch wspomnianych tras nie ma dokąd z niego uciec. Wieś Termignon leży nieco na uboczu i dopiero niedawno została połączona z resztą kompleksu wyciągiem krzesełkowym (nowoczesnym). Aby dotrzeć na szczyt, trzeba się przesiąść na jeden z dwóch orczyków długich jak przemowy Fidela Castro, które w połowie swego biegu ostro zakręcają, budząc zapadłych w letarg narciarzy. Stąd bez zatrzymywania można zjechać na sam dół, pokonując 1165 metrów deniwelacji. Tę trasę uważam za najlepszą w całej Val Cenis. Podobne są w centralnej części ośrodka, ale tutaj jest mniej ludzi i skrzyżowań.

Wspomniany długi zjazd z Termignon do Lanslebourg oferuje momentami ładne widoki, ale jest zbyt płaski i bywa, że na mokrym śniegu trzeba silnie dopychać się kijami. Na samym dole ustawiono śmieszny króciutki orczyk dowożący zmachanych narciarzy do dolnej stacji krzesełek. Już nie te czasy, żeby wymagać od ludzi drałowania z nartami nie tylko pod górę, ale nawet po płaskim.

Pod koniec marca dzień jest już na tyle długi, że po nartach jest jeszcze czas poszwendać się po wiosce. Oglądam urokliwe kamienne domostwa z drewnianymi balkonami i charakterystycznymi dachami ułożonymi z płaskich kamiennych łupków. Ten styl odchodzi w przeszłość, m.in. z braku materiału – lokalny kamieniołom dokonał żywota, kamienie na wymianę trzeba sprowadzać z Hiszpanii. W budynkach zabytkowych stosuje się czasem zamiennie płyty z żelaza, w nowych zwykłą blachę.

Chodząc po Lanslebourg trafiłem na malutki cmentarz schowany pod zboczem, za ostatnim rzędem chałup. Wyblakłe, skromne nagrobki XIX-wieczne przytłoczone nowymi, tu i ówdzie bijącymi po oczach nie pasującym do tego miejsca rozmachem. Kilka płyt nagrobnych uformowano w kształt ośnieżonego szczytu, z wydzierganą w granicie sylwetką narciarza. Sądząc po datach urodzin i zgonu, góry zabrały ich przed czasem, najpewniej nie na „ślimaku”.

Robert Stefanicki

Gazeta Wyborcza, 5 kwietnia 2013

error: Content is protected !!