Narty na Marsie (Sölden, Tyrol)

Fragment Czerwonej Planety pojawił się na lodowcu w tyrolskim kurorcie Sölden.

Nie chodzi o upadek marsjańskiego meteorytu ani o inwazję zielonych ludzików. Przeciwnie – za kilkadziesiąt lat to Ziemianie skolonizują Marsa, przenosząc tam nie tylko zdobycze techniki, jakie dziś marzą się tylko miłośnikom literatury fantastyczno-naukowej, lecz także choroby związane z naszą cywilizacją od jej zarania: zachłanność, nienawiść, żądzę władzy. Przynajmniej taką wizję kreśli reżyser Hubert Lepka, który w spektaklu “Mars 2068” przedstawił konsekwencje zasiedlenia Marsa przez ludzi.

U stóp lodowca Rettenbach w austriackim Tyrolu, gdzie narciarze przez okrągły rok rozkoszują się słońcem i śniegiem, powstała sceneria mająca przypominać okolice marsjańskiej góry Olympus, najwyższego szczytu układu słonecznego. 21 kwietnia odbyła się tam premiera multimedialnego spektaklu “Mars 2068”. Wcześniej w tym samym miejscu wystawiano “Hannibala”, z armią ratraków i armatek śnieżnych udających bojowe słonie przedzierające się przez góry. Nowe przedstawienie umiejscowione jest wprawdzie w przyszłości, ale nawiązuje też do mitycznej przeszłości – wojny trojańskiej – będąc modernistyczną wariacją Homerowskiej “Iliady”.

Oto przenosimy się w rok 2068. Mars jest już dawno zdobyty i zasiedlony, statki kosmiczne nieustannie przywożą nowych przybyszów ze starej planety. Komercja całkowicie wyparła projekty badawcze. Mars zamienił się w gigantyczną machinę medialną, wielkie reality show w stylu “Big Brothera”. Każdy jest okablowany, przez okrągłą dobę na ziemię transmitowane są obrazy z życia mieszkańców pozaziemskiej kolonii, walutę stanowią wskaźniki oglądalności i popularności – istniejesz tylko wtedy, kiedy jesteś na ekranie i podnosisz oglądalność któregoś z ponad stu kanałów. Za kulisami rozgrywa się bezpardonowa walka pomiędzy dwoma wiodącymi koncernami medialnymi – TROI i MOL. Któregoś dnia Parys, dziennikarz TROI, zakochuje się w Helenie, żonie szefa konkurencyjnej firmy. To musi doprowadzić do wojny…

Mniejsza o treść, na której i tak trudno się skupić. “Mars 2068” to przede wszystkim niesamowite widowisko w otoczeniu alpejskich trzytysięczników. Nad głowami latają odrzutowce i helikoptery, skacze “płonący” spadochroniarz, śnieżne wulkany zieją ogniem, dymi parowa ciuchcia, dwa ratraki ucharakteryzowane na mechaniczne byki (mnie przypominały raczej megaskorpiony) walczą ze sobą, ścierając się “rogami”, kolorowe flary szybują niczym pociski artyleryjskie, mkną skutery śnieżne, wielkie mobilne ekrany z programami marsjańskiej telewizji jeżdżą tam i z powrotem. Obrazy wyświetlane są też wprost na śniegu, a dwa olbrzymie bunkry lodowe są tłem akrobatyczno-baletowych popisów aktorów. Całość kończy się imponującym fajerwerkiem, czyli totalnym zniszczeniem marsjańskiej bazy. Jakby powiedział Grek Zorba: piękna katastrofa.

Teraz dwie wiadomości. Najpierw zła – otóż zrealizowane kosztem 2 mln euro przedstawienie będzie wystawiane tylko raz do roku (nie wiadomo, przez ile jeszcze lat; “Hannibal” przetrwał pięć sezonów). “Mars 2068” to nie impreza komercyjna, tylko jeden ze sposobów promocji regionu. Tak więc kolejka parowa i wyrzutnia rakiet pojawią się pod lodowcem dopiero w kwietniu przyszłego roku (zrobione z lodu “bazy marsjańskie” nie zostaną rozebrane). Natomiast dobra wiadomość jest taka, że kto nie chce czekać na powtórkę spektaklu, może – i powinien – przyjechać do Sölden w dowolnym innym terminie. Na narty.

Różnorodność tras, rozległość terenu dostępnego dla narciarzy i wiele innych atrakcji zaspokoją chyba nawet najbardziej wybrednego amatora sportów zimowych. Rejon ten został nazwany Wielką Trójką (Big 3), bo gondole dochodzą pod trzy szczyty o wysokości przekraczającej 3 tys. metrów. W niższych partiach sezon zakończył się w ostatnią niedzielę (ponowne otwarcie w grudniu), ale na lodowcu wyciągi chodzą prawie okrągły rok. Co ważne, w przeciwieństwie do Kaprun – najpopularniejszego wśród Polaków austriackiego kurortu narciarskiego – w Sölden nie ma tłoku. Są tu 34 wyciągi (tylko kilka orczyków, reszta to poruszające się niemal bezszelestnie gondole i wieloosobowe, podgrzewane krzesełka) oraz prawie 150 km tras zjazdowych. Niewątpliwą atrakcją jest wykuty w skale i sztucznie oświetlony tunel łączący dwa lodowce, przez który przejeżdża się na nartach. Do tego kilka wysuniętych ponad urwiska platform obserwacyjnych. Podczas dobrej pogody roztacza się z nich zapierający dech w piersiach widok.

Jeśli pozwalają na to warunki śniegowe, na nartach można zjechać do samego miasteczka, nawet pod drzwi hotelu. A kto lubi wrażenia ekstremalne, może zanocować w igloo pod lodowcem Rettenbach (99 euro od osoby). Ten lodowy hotel, jeden z kilku na świecie, otwarto w zeszłym roku. Są tam pokoje z łazienkami, kuchnią, łóżkami wykutymi z lodu (goście dostają materace i śpiwory) dla 30 osób, jest nawet sauna! Brakuje chyba tylko maszyny do robienia lodu… W nocy, kiedy temperatura na lodowcu spada mocno poniżej zera, oświetlone świecami wnętrze igloo wydaje się całkiem przytulne. Z okazji marsjańskiego przedstawienia w środku uruchomiono nawet kino – dziennikarze obejrzeli puszczony prosto na białą, lodową ścianę film o wyprawach na Marsa i działalności Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Zmęczeni całodziennym szusowaniem miłośnicy mniej ekstremalnych doznań mogą zażyć relaksu w parku wodnym Aqua-Dome w pobliskim Längenfeld, dokąd z Sölden da się dojechać darmowym autobusem. To ponad 2 tys. m kw. powierzchni – baseny pod dachem oraz na zewnątrz z widokiem na ośnieżone góry, z jacuzzi lub biczem wodnym, z wodą o różnej temperaturze, słodką, słoną lub siarkową. Do tego pełen wybór saun – suchych, wilgotnych, aromatycznych; jest też komora lodowa, są pokoje relaksacyjne, a na deser grota, gdzie za przyciśnięciem guzika można sobie zafundować burzę z piorunami, lodowaty wodospad lub tropikalną mżawkę.

Wystarczą dwie godziny tego haniebnego lenistwa, a podbój innych planet wydaje się całkowicie pozbawiony sensu. Co z tego, że na Marsie też może być woda? Zostawmy ją Marsjanom.

error: Content is protected !!